Jakiś czas temu do Internetzów przeciekł teaser nadchodzącego remake'u Godzilli w reżyserii Garetha Edwardsa. Jak to bywa w przypadku przecieków, producenci zareagowali jak mają w zwyczaju i prędko teaser zniknął ze stron - ale kto obejrzał, to jego. Całość trwała raptem 90 sekund, ale pozwoliła mieć nadzieję, że nie dostaniemy kolejnego amerykańskiego filmu o potworach, mającego udawać japoński film o potworach (uwierzcie - w tym jest różnica). 90 sekund wystarczyło, by złapać mnie na lep ogromnych zniszczeń, ciał leżących pokotem obok zniszczonego pociągu i naprawdę wielkiego gabarytowo Godzilli. Istnieje oczywiście szansa - nawet spora - że to czysty marketing; na warstwie wizualnej wszak rzecz się nie kończy... a mimo to coraz mocniej nakręcam się na ten film. Tym bardziej, że reżyser zdaje się wiedzieć, o co w tym chodzi.
A o co chodzi? Poniższy tekst napisałem w kontekście Pacific Rim, ale po jego ponownym przeczytaniu dochodzę do wniosku, że pozostaje aktualny również w kontekście nowej Godzilli...
 |
| Źródło: godzilla-movies.com |
„Blockbustery rządzą światem!”
krzykną jedni. „Papka uszami już wypływa!” wrzasną drudzy. „Bajki dla
gówniarzy, popcornowa dyktatura!” doda ktoś jeszcze. Takie przerzucanie się
grudami błota jest o tyle wygodne, że same produkcje rozrywkowe na takie
zarzuty nie odpowiadają, a producenci w dużej mierze je olewają. Podobnie
zresztą jak większość widzów. Oni zawsze łaknęli w kinie atrakcji – a cóż jest
większa atrakcją niż straszące na ekranie obrzydliwe monstrum z koszmaru,
podrywające człowieka z fotela w czasie sceny odgryzania nóg pechowemu
podróżnikowi? Widzowie lubią potwory będące pięknym unaocznieniem magii kina i
jego technicznych możliwości. Tak było w początkach kinematografii, Georges
Méliès kazał swoim bohaterom stoczyć potyczkę z Człowiekiem Śniegu w Zdobyciu
Bieguna (1912). Tak było w latach 60., kiedy świat opanowały japońskie
potwory spółki Ishiro Honda & Eiji Tsubaraya, a każda wielka wytwórnia z
Kraju Kwitnącej Wiśni miała swojego „pupilka”. Tak jest teraz, gdy na ekranach
Gypsy Danger, ściskając w swoich stalowych łapach ogromny tankowiec, okłada nim
niczym maczugą obrzydliwe kaiju. Czysta, niczym niezmącona rozrywka, serwowana
przez człowieka, który wie, co chce pokazać i jak to zrobić. A przede wszystkim
– jak uniknąć błędów takich szmir jak Godzilla (1998) Rolanda Emmericha
czy Transformersy
(2007) Michaela Baya, najjaskrawsze przykłady na to, jak zaowocować
może brak wyobraźni, wyczucia i poszanowania wspomnień fanów. A wystarczy
przecież przestrzegać kilku jasnych i klarownych zasad: