Viv

Viv
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duży ekran mały ekran. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duży ekran mały ekran. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 lutego 2015

[FILM] Duży ekran, mały ekran #19

John Wick (2014)
Dawid Leitch, Chad Stahelski

W Johnie Wicku wszystko ma klasę - poczynając od bohatera

Nawet nie będę ukrywał, że podchodziłem do tego filmu z olbrzymim dystansem. Opowieść o niemal legendarnym zabójcy, który mści się na mafii za śmierć swojego psa? I to z Keanu Reevesem w roli głównej? Bez przesady, to brzmi jak opis parodii kina akcji! A tu psikus: John Wick okazał się filmem nie tylko dobrym, ale i nadzwyczaj urokliwym. Pal licho efektownie zrealizowane sceny walk oraz strzelanin (sekwencja w Red Circle to jedna z lepszych rzeczy, jakie można było ostatnio w tego typu produkcjach zobaczyć) – obraz zgarnia pulę już za strategię przyjętą na poziomie konstrukcji. Film Leitcha & Stahelskiego to istna kopalnia klisz gatunkowych, ale przepuszczonych przez filtr popkultury, dzięki czemu nabrały one wręcz komiksowego przerysowania, chwilami balansując na granicy przesady, ale nigdy jej nie przekraczając. Mamy środowisko płatnych zabójców? Świetnie, damy im „firmowy” hotel z ekskluzywną obsługą, gdzie będą mogli odpocząć, zabawić się i przygotować do roboty.  Główny bohater to legenda w branży? No dobra, ale musi mieć odpowiedni przydomek… może „Baba Jaga”? No i finał musi być odpowiednio efektowny… co powiecie pojedynek w rzęsistym deszczu niczym w filmach Kurosawy, na tle nieba przecinanego błyskawicami? Najzabawniejsze jednak, że całe to przerysowanie na poziomie konwencji jest skontrastowane z powagą na poziomie samej fabuły: w rezultacie otrzymujemy produkcję jawiącą się jako świetna zabawa schematem kina akcji, zrealizowaną na wysokim poziomie technicznym, a jednocześnie – przy całym swoim przerysowaniu – nie próbującą traktować widza jak idioty. Kto wie, może to oznaka powrotu Keanu Reevesa, któremu zdecydowanie lepiej w gustownym garniturze, niż samurajskich łachach z 47 Roninów...

środa, 3 grudnia 2014

[FILM] Duży ekran, mały ekran #18

Hercules (2014, Brett Ratner)


Czego można się spodziewać, gdy Hollywood zabiera się za robienie letniego blockbustera z akcją osadzoną w antycznej Grecji i/lub zahaczającą o jej mitologiczne tałałajstwo? Z pewnością twardego herosa o posturze niedźwiedzia (Dwayne Johnson pasuje idealnie), otoczonego kanoniczną drużyną (choć zamiast czarnoksiężnika mamy tylko wikinga), dokonującego rzezi na masową skalę i tłukącego wrogów w licznych scenach batalistycznych (koniecznie z ujęciami z lotu ptaka), prześladowanego przez demony przeszłości i popadającego w zwątpienie („Nie byłem dostatecznie silny!”) by ostatecznie odnaleźć siebie („Jestem Herkulesem, skurwysyny!”) za sprawą motywacyjnej pogadanki subtelnej niczym stary buldożer. Znajdzie się oczywiście również miejsce na mały wątek romantyczny, dramatyczne wybory, bro-humor, czterdzieści sposobów na zabicie wroga oraz fenomenalny biceps Johnsona. I byłby Hercules typowym akcyjniakiem do obejrzenia i zapomnienia, gdyby nie całkiem kreatywne podejście twórców do świata przedstawionego, z którego niemal całkowicie wyrugowano element nadnaturalny: nie ma centaurów, bogów czci się, bo to najbezpieczniejsza opcja, zaś sam Hercules funkcjonuje nieomal jako bitewny celebryta, doskonale rozumiejący wagę dobrego PR. Ostatecznie cóż jest lepszego niż najemnik o boskim pochodzeniu, w pojedynkę radzący sobie z najgorszymi monstrami świata? A że owe monstra okazują się ostatecznie np. przeciwnikami politycznymi? Oj tam. Przewrotny to pomysł, by nadludzkość herosa przekształcić w rezultat sprawnego budowania wizerunku, a jednocześnie zostawić furtkę pozwalającą nieco ten obraz podkopać i uwierzyć, że jednak w tej legendzie coś jest (nawet jeśli finał funkcjonuje pod tym względem jak otwarte na oścież wrota stodoły). Ironiczna jest zresztą owa „realistyczność” w scenie bitwy, gdzie SPOILER siły prawego buntownika w bezładnym ataku rozbijają się o zdyscyplinowany i twardy mur tarcz brutalnego i bezwzględnego uzurpatora. KONIEC SPOILERA. Scena niby durna, a jakżeż w kontekście politycznym wymowna…

środa, 12 listopada 2014

[FILM] Duży ekran, mały ekran #17

Almost Human (J.H. Wyman, 2013)
Ocena: 7/10 


Być może w tym miejscu wyjdzie moje małe ogarnięcie w temacie seriali, ale i tak nie zamierzam tego ukrywać: Almost Human mi się podobał. Chwilami nawet bardzo. I to mimo jego mankamentów. Bo nie oszukujmy się – fakt, iż seria została skasowana po pierwszym sezonie jest do pewnego stopnia zrozumiały. AH od początku do końca miało bardzo „proceduralową” formułę: jeden odcinek, jedna sprawa, co niejako z miejsca eliminowało możliwość jakiejś dłuższej intrygi (nawet motyw z botem bojowym rozwiązywał się wyjątkowo szybko i nadzwyczaj sprawnie). Co gorsza, w tej formule całkowicie rozmywał się meta-wątek: mocno zarysowany na początku (do cholery, przecież stanowił on właściwie punkt wyjścia serialu!) potem gubił się gdzieś, w kolejnych odcinkach zaznaczając się co najwyżej na drugim, trzecim planie i to w sposób wyjątkowo mało satysfakcjonujący: jako oderwane, dość autonomiczne incydenty, które miały ze sobą czytelny związek, ale był on sygnalizowany jedynie widzowi – bo w obrębie fabuły nie tworzyły one zwartego łańcucha zdarzeń. Ba: największy cliffhanger tego wątku pojawiał się trzy epizody przed finałem, by następnie zostać całkowicie zignorowanym. Efekt? Mnóstwo pytań, tropów i śladów, odpowiedzi zaś żadnych – najwyżej krzepiące potwierdzenie męskiej przyjaźni. Na tym tle nawet mocno schematyczna konstrukcja bohaterów (niedobrany duet, wredny kolega z posterunku, dobry szef, zagubiony nerd) nie wydaje się specjalnie razić – a wręcz pomaga, bo od razu można wejść w świat przedstawiony. A ten jest naprawdę nieźle skonstruowany. Od razu widać, iż w świecie AH technologia poszła do przodu, ale ludzka mentalność nadal pozostaje w tym samym miejscu: policja wciąż ma do czynienia z morderstwami w afekcie, handlarzami żywym towarem, narkotykami, zabójstwami politycznymi i tym podobnymi. Zmieniła się tylko skala: dragi poszerzające możliwości percepcji, naprowadzany danymi z monitoringów pocisk, boty bojowe, hackowanie – widać wyraźnie, że rzeczywistość Almost Human jest futurystyczna i odmienna, ale poprzez kształt spraw, jakimi zajmują się bohaterowie – również bardzo swojska. Tym bardziej, iż w swej pracy funkcjonariusze używają również zwykłej dedukcji, odrobiny siły, broni małokalibrowej i szczęścia, a nie tylko zaawansowanej technologii – żadnego CSI i odczytywania numeru rejestracji z pięciu pikseli: technika ma swoje ograniczenia i bez elementu ludzkiego jest bezużyteczna (co jest akurat całkiem krzepiące). Podobał mi się również sposób, w jaki skonstruowano bohaterów: każdy z nich był dość czytelną kliszą, ale jednocześnie wychodził nieco poza nią – czy to za sprawą jakiejś cechy, czy też pojedynczego zdarzenia, które sprawiało, że faktycznie można było ich polubić. No i oczywiście główny duet: kanoniczny wręcz zgorzkniały glina i android, relacja ewoluująca od nieufności po prawdziwą przyjaźń, wykutą w ogniu trudnych śledztw, złośliwych komentarzy i wzajemnego ratowania tyłka. Banał? Może i banał, ale doskonale podany: relacja Kennexa i Doriana rozwija się powoli, żadnego jedzenia z jednego talerzyka po pierwszej udanej akacji, a jednocześnie ich wątpliwości, niechęć Kennexa do androidów, niepewność Doriana w odniesieniu do swojej służby nie służą tylko sztucznemu udramatycznieniu ich współpracy, lecz stanowią jej integralną, dynamizującą całość część. No i na koniec – jest Karl Urban. I jego grymasy. Grymasy Karla Urbana zawsze na propsie.

czwartek, 21 sierpnia 2014

[FILM] Duży ekran, mały ekran #16

Czyli lipcowego podsumowania filmowego ciąg dalszy.

Pewnej nocy w pewnym mieście (2007) Jan Balej (8/10)

Zazwyczaj unikam czeskiego kina: nie lubię jego estetyki, poczucia humoru, bohaterów – słowem nie leży mi zupełnie. O dziwo, czeskie animacje oglądam bez bólu. Skąd taka zależność – nie wiem, w każdym razie łatwiej łyknąć mi ten absurd i surrealizm, gdy opakowany jest w krzywe kukiełki, plastelinę i niezrozumiałe mruknięcia… tak jak w przypadku obrazu Baleja. Próba opowiedzenia fabuły nie ma w zasadzie większego sensu, jako że jest to zbiór miniatur, skupiających się na różnych mieszkańcach pewnego miasta, zaangażowanych w dziwaczne niekiedy aktywności. Znajdzie się więc miejsce zarówno dla gospodarza, który przerobił swój salon na zagajnik, gdzie poluje na psa swojej żony udającego niedźwiedzia, jak i jego sąsiada prowadzącego psi zakład pogrzebowy. Wszystko po to, by przeskoczyć do mieszkania Pana Jabłonki (pragnącego zostać przerobionym na gitarę dla rockmana) oraz jego rybiego sąsiada, nawiedzonej przez duchy bywalców kawiarni czy dwóch pijaków, znajdujących spełniającego życzenia dżina. Dziwnie? To dodajmy do tego jeszcze groteskową oprawę, gdzie niemal każdy bohater wygląda jak uszyty przez omenowskiego Damiena, wszyscy zdają się chodzić po solidnym machu, jeśli nie dwóch, a sama metropolia – choć ciemna i zimna – z otwartymi ramionami powita każdego łazęgę. Pewnej nocy w pewnym mieście to opowieść o dziwakach, wariatach, ochlapusach; skondensowany ładunek absurdu, krzywy, dziwny, ale na swój sposób pociągający.

niedziela, 17 sierpnia 2014

[FILM] Duży ekran, mały ekran #15

Dawno już nie było wpisu o ostatnio obejrzanych filmach. Ostatecznie nie da się powiedzieć, żebym ostatnimi czasy bił rekordy, jeśli chodzi o seanse… co nie zmienia faktu, że końcówka lipca okazała się całkiem niezłym momentem do nadrabiania zaległości (niektórych) i babrania się w starociach (kultowych, a jakże). W sumie nie był to zły miesiąc, ale dobrym też bym go nie nazwał. Prawdę powiedziawszy, większość obejrzanych filmów okazała się typowymi średniaczkami: przyjemnymi, ale nie porywającymi. Plus tego był taki, iż nie trafił się obraz, który wywołałby u mnie furię lub absolutne zniechęcenie… choć jeden był blisko. W każdym razie poniżej mały przegląd tego, czym zapełniałem czas wolny.

The Raid 2: Berandal (2014) Gareth Evans (9/10)


Pierwsza część stanowiła solidny pocisk: prosta historia oddziału policjantów, próbujących przeżyć w bloku wypełnionym gangsterami może nie porywała fabularnie, ale pod względem choreografii walk, intensywności akcji i brutalności kasowała niemal wszystko, co w tym segmencie miało do zaproponowania Hollywood. Po trzech latach Evans uderzył z kontynuacją opowieści Ramy i pokazał, że można stworzyć sequel niemal pod każdym względem lepszy od pierwowzoru. O ile w The Raid fabuła była w zasadzie pretekstem, w Berandal twórcy poszli po rozum do głowy i zaserwowali widzowi wciągającą historię zemsty – może niezbyt skomplikowaną i mało odkrywczą, ale świetnie poprowadzoną pod względem dramaturgicznym, ze znakomicie stopniowanym napięciem, którego kulminacją jest finałowa walka w lokalu Bejo. Wraz z bardziej rozbudowaną warstwą fabularną poprawiła się również warstwa wizualna. Nie oszukujmy się: The Raid zaskakiwało świetną pracą kamery, ale pod względem estetyki był to film dość monotonny – ileż zresztą można wyciągnąć z odrapanego bloku? Sequel tymczasem nie tylko kontynuuje tradycję świetnej operatorki, ale dokłada do tego mnóstwo znakomitych patentów wizualnych i świetną kompozycję kadrów. Mam wrażenie, że Evans mocno zapatrzył się w kino południowokoreańskie, takie bowiem skojarzenia budzi sposób estetyzacji przemocy w The Raid 2. Nie jest to bynajmniej zarzut, jako że efekty są piorunujące: sekwencja działań morderców Bejo oparta na montażu równoległym, scena śmierci Prakoso w zaśnieżonym zaułku, wreszcie starcie w kuchni, gdzie krew obficie zrasza śnieżnobiałe kafelki – wymieniać można długo i niemal co krok dostajemy scenę, będącą samą w sobie wizualną perełką. A pozostaje wszak jeszcze najważniejsze: same walki. Tak jak w pierwowzorze są one szybkie, krwawe i znakomicie skonstruowane. Twórcy tym razem pozwolili sobie na odrobinę „komiksowości”, wprowadzając do filmu Hammer Girl i Bat Boya, którzy może i są wyjęci z nieco innej bajki niż otaczający ich świat, ale ich barwny styl walki wprowadza sporo dynamiki i dodatkowej rozrywki. Choć „rozrywka” to może złe słowo, biorąc pod uwagę, że rozszerzenie arsenału znacząco wpłynęło na brutalizację starć: przeciwnicy rozrywani są młotkami, czaszki gruchotane kijem baseballowym, twarze przypiekane na ruszcie, głowy przebijane kilofem, o poderżniętych gardłach i połamanych gnatach nawet nie trzeba wspominać… zdecydowanie nie jest to film dla wrażliwych widzów. Jeśli jednak ktoś uwielbia takie kino lub szuka czegoś, co podniesie adrenalinę, a przy okazji ładnie wygląda i nie jest głupie, to The Raid 2 jest dla niego.

sobota, 24 maja 2014

[FILM] Duży ekran, mały ekran #14

Nie powiem, żebym ostatnimi czasy bił rekordy oglądania filmów, wręcz przeciwnie. Cóż, zbliża się czerwiec, może rzecz się odmieni… w każdym razie przełom kwietnia i maja upłynął głównie pod znakiem kina „tak złego, że aż dobrego” bądź kultowego. Oczywiście trafiały się produkcje po prostu dobre – w poprzedniej notce produkowałem się wszak o Godzilli Edwardsa, po drodze wpadł też bardzo zacny Winter Soldier, o którym jednak pisać nie będę  – ale większość tego, co obejrzałem, bez przeszkód mogłaby trafić do szufladki z etykietą W-T-F na przedzie.

Dead Heat (1988, Mark Goldblatt)
Ocena: 6/10

Film z prawdopodobniej najlepszym
cytatem z Casablanki w dziejach kina.
Rasowy akcyjniak z lat 80., z tym, że nie ogląda się go dla destrukcyjnych popisów głównych bohaterów, cycków ani finałowego twistu fabularnego, ale żeby sprawdzić, ile jeszcze dziwacznych pomysłów scenarzysta był w stanie upchnąć w tym filmie. Zresztą już sam koncept nie pozostawia wątpliwości, co będzie główną atrakcją Dead Heat – oto w mieście dochodzi do serii napadów rabunkowych, których sprawcami są… ożywione trupy. Srogo? Spokojnie, sprawy znacząco się skomplikują, gdy prowadzący sprawę detektyw Roger Mortis sam zejdzie z tego świata i zostanie nań przywrócony… Intryga szyta jest nićmi grubymi jak lina okrętowa i zawiera wszystko, czego oczekiwalibyśmy po takim filmie: motyw zemsty, poszukiwanie nieśmiertelności, strzelaniny, zombie i Vincenta Price’a, którego techniki marketingowe pozwoliłyby wcisnąć garść kurzu alergikowi. Wszystko tonie w absurdzie, dialogi prawdopodobnie pisano na srogim haju i trudno orzec, kto bawił się lepiej – aktorzy grając na planie, czy widzowie przed telewizorem. Rzecz idealna na seans przy piwie.

piątek, 14 marca 2014

[FILM] Duży ekran, mały ekran #13

Blood Shot (2013) reż. Dietrich Johnston  (4/10)
Wyobraźcie sobie wampira – nie jakiegoś wymoczkowatego Edzia, ale porządnego, wielkiego jak szafa i łysego badassa w czarnym płaszczu. Potem wyobraźcie sobie tego wampira podróżującego po świecie jako cyngiel CIA, wpadającego do budynku, przyjmującego na klatę tonę ołowiu, a potem robiącego całkowitą masakrę, z wlewaniem komuś wybielacza do gardła włącznie. Do tego dodajcie jakiegoś młodego policjanta owładniętego obsesją (w sumie nie wiadomo nawet skąd) zabicia wampira, przez co całkiem sypie mu się życie osobiste i praca, a następnie wizję, że ta dwójka staje naprzeciw islamskiej grupy terrorystycznej, która testuje broń chemiczną na małych szczeniaczkach, wozi ze sobą harem dziewic, chce zdetonować w USA bombę atomową z pomocą starożytnego, niebieskiego dżina i karłów-samobójców, a komórki mózgowe ma tak owładnięte miłością do Allaha, że jej członkowie zapominają o zmianie garderoby i w jankeskiej metropolii biegają ubrani w beduińskie wdzianka i turbany. Wyobraźcie sobie teraz to wszystko w niskobudżetowym filmie, pełnym absurdalnych klisz kina akcji, z falą uderzeniową posyłającą bohatera dziesięć metrów do przodu, raną, która nie przeszkadza mu w robieniu piruetów w czasie strzelaniny, choć chwilę wcześniej nie mógł przez nią ustać na nogach, przeciwnikami wyciągniętymi z najbardziej łopatologicznych odcinków South Park, niekończącą się amunicją, wylewającym się z ekranu kiczem i przesadą, oraz rolami Lance’a Henriksena i Christophera Lamberta. Jest źle? Jest strasznie. Ale w kategorii „film tak zły, że aż dobry” jest to całkiem przyjemna produkcja. Tania, bzdurna i przesadzona, ale serio, jeśli bohater zjeżdża do podziemnej kwatery za pomocą odrzutowej trumny, za którą wisi amerykańska flaga, to jak mogę narzekać?

poniedziałek, 6 stycznia 2014

[FILM] Duży ekran, mały ekran #12

No i kolejny wpis filmowy, tym razem w całości poświęcony tegorocznym premierom i nadrabianiu zaległości w tej materii. Udało się obejrzeć sześć filmów, w większości naprawdę dobrych, a w niektórych przypadkach ocierających się wręcz o doskonałość. Oczywiście trochę mnie irytuje, że nie udało się obejrzeć więcej (You’re next! Spring Breakers! Królowie lata!) no ale cóż, co się odwlecze, to nie uciecze. A kolejna notka filmowa będzie zapewne podsumowaniem poprzedniego – całkiem niezłego – roku.

piątek, 20 grudnia 2013

[FILM] Duży ekran, mały ekran #11

Ostatnie tygodnie nie były szczególnie owocne jeśli chodzi o filmy. Raz, że z różnych powodów (brak czasu, góra gier do zaliczenia, ogólne zniechęcenie do oglądania) ilość obejrzanych tytułów nie powala, dwa, że większość z nich ostatecznie okazała się cokolwiek… charakterystyczna. Na szczęście idą święta, odrobina wolnego czasu i – mam nadzieję – szansa na nadrobienie tegorocznych premier. Póki co zerknijmy w przeszłość.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Duży ekran, mały ekran #9

Tym razem trochę wampirów, trochę flaczków i sporo wielkich robotów.


Pacific Rim (2013) Guillermo del Toro (9/10)


No dobra, wiem że dawno to było, wszyscy zdążyli obejrzeć cztery razy, a na tumblrze ilość gifów z Idrisem Elbą rośnie niemal lawinowo, ale powiedzmy sobie szczerze – nie ma to najmniejszego znaczenia, bo o klasie Pacific Rim należy krzyczeć długo i głośno. To nie są kolejne Transformersy z żenującymi żartami o masturbacji, ani – jak chcieliby niektórzy – kolejny anonimowy blockbuster, który można okładać w zestawieniu z „ambitnym” kinem. To solidna dawka rozrywkowego kina zrobionego z pomysłem i wyobraźnią – soczysty, nerdowski stek dla każdego, kto w filmach o Godzilli czy Gamerze widział coś więcej, niż tylko „faceta w gumowym wdzianku”. Fabularnie jest prosty niczym zwoje mózgowe naszej klasy politycznej, a sama historia sypie się jak bryczka po odpuście, bohaterowie są płascy i emocje noszą niczym odzież wierzchnią, brodząc po kostki w patosie. I co? I całość wyrywa z butów, bije o glebę i każe przyjść po jeszcze. Del Toro doskonale czuje klimat starych giant monster movies, transponuje więc to co w nich najlepsze – umowną fabułę, wizję totalnego zniszczenia, wielkie monstra – i owija to w sreberko oszałamiającej warstwy wizualnej, czerpiącej tak z nowoczesnego SF, jak i retrofuturystyki. Będące syntezą tych prądów Jeagery to oszałamiające, potężne machiny zagłady, tysiące ton porażającej mocy, odczuwalnej przy każdym ich kroku. Nie dajcie sobie wcisnąć kitu, że to film jakich wiele: w zalewie wizualnej tandety Pacific Rim jawi się jako diamencik, lśniący za sprawą zaangażowania i umiejętności jego twórców. Trzeba tylko sięgnąć nieco głębiej, niż na poziom „wielkie roboty i potwory”, ale wszak już od dawna wiadomo, że plwać należy na skorupę i zstępować do głębi… czy jakoś tak.

środa, 15 maja 2013

Duży ekran, mały ekran #8


Dawno nie było uzewnętrzniania się na temat filmów, czas więc to naprawić. Tym razem notka mocno siedząca w przeszłości – tak dosłownie, jak i w przenośni.

Na początek poszedł Wielki mysi detektyw (1986), czyli jeden z tych filmów, które od dawna za mną chodziły, ale nigdy nie mogłem znaleźć jego tytułu. Kiedy wreszcie go dorwałem, przeżyłem lekki szok poznawczy. Po pierwsze – ze względu na warstwę techniczną: znakomita, klasyczna animacja, świetne projekty postaci (zdradzające jednak disneyowski rodowód) i boski Vincent Price z francuskim akcentem dubbingujący głównego złego. Po drugie – film naszpikowany jest odniesieniami do opowieści o Sherlocku Holmesie. Główny bohater – Bazyl – jest detektywem mieszkającym na Baker Street, gra na skrzypcach i ma niskie skille towarzyskie; spotyka doktora będącego wojennym weteranem, jego przeciwnik ma tytuł profesora, a finalny pojedynek w strugach deszczu jakoś dziwnie kojarzy się z pojedynkiem w Reichenbach... Najciekawsze jest jednak to, jak paradoksalny jest to film: pozostając w warstwie plastycznej „w duchu Disneya”, jednocześnie pod względem fabularnym do pewnego stopnia z owym duchem się boksuje – zwłaszcza jeśli porówna się go z kierunkiem, w którym zmierzają dzisiejsze animacje z segmentu „familijnego”. Pal licho fakt gatunkowej przynależności Wielkiego mysiego detektywa i jego zakorzenienie w opowieściach o SH – film pełen jest motywów, które dzisiaj, w dobie pewnej paranoi wobec przemocy w mediach, wywołałyby u obrońców „dziecięcej niewinności” białą gorączkę. O zgrozo – bohaterowie używają broni palnej! Ratigan skazuje jednego ze swoich podkomendnych na śmierć poprzez pożarcie żywcem! Nie mówiąc już o tym, że w jednej ze scen bohaterowie trafiają do podrzędnej speluny, gdzie są świadkami kabaretowego występu naprawdę ładnych, białych myszek, ze wszystkimi jego kabaretowymi atrakcjami: frywolną piosenką, tańcem, zgrabnymi nogami i błyskaniem podwiązkami! 


Może włącza mi się w tym momencie jakiś rodzaj wtórnej nostalgii, ale mam wrażenie, że Wielki mysi detektyw ma w sobie coś, czego brakuje dużej części współczesnych filmów: pazur, energię i zdolność połączenia w sobie ciepła i optymizmu z odrobiną mroku i brutalności, unikając przy tym nadmiernej cukierkowatości. No i jest Sherlock!

niedziela, 14 kwietnia 2013

Duży ekran, mały ekran #6

Tym razem w wersji festiwalowej, z OFF Plus Camera 2013, czyli (bardzo) krótko o tym, co fajne.






Na dzień dobry "Żądza bankiera" Consty-Gavrasa - stylowy, mocny, trzymający w napięciu thriller o świecie wielkich finansów. Reżyser nie wdaje się w dywagację na temat przyczyn obecnego kryzysu, snując raczej uniwersalną opowieść o żądzy pieniądza i jego mocy, uciekając jednocześnie od prostych tez, w cyniczny i ironiczny zarazem sposób komentując zasady tej gry dla finansowych harpii. I tylko zakończenie wydaje się ciut przeszarżowane, jak wyjęte z zupełnie innej bajki, przez co szpila tego zgryźliwego komentarza stała się ciut przytępiona. (8/10)

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Duży ekran, mały ekran #5


... czyli strasznie, głośno i tajemniczo.

Powrót zimy – pomijając jawne jego skurczysyństwo – ma jeden zasadniczy plus: dzięki niemu moje przydżumienie, jakie towarzyszyło przedwiośniu cementując mi mózg, poszło w cholerę, razem z nastawieniem „niec-mi-się-nie-chce-umrzyjcie-wszyscy”. I nagle okazało się, że obejrzenie filmu wcale nie jest tak bardzo złym pomysłem, jak wydawało się przed zapadnięciem w jedenastogodzinną drzemkę...

Na dzień dobry poszedł Lemmy (2010) Grega Ollivera i Wesa Orshoskiego. Dokument opowiadający o liderze grupy Motorhead, Lemmym Kilmisterze dotarł do naszego kraju z opóźnieniem, lecz wszedł z pompą – i cholera, było co pompować. Technicznie jest to całkiem dobra robota. Mamy tu wszystko, czego potrzeba: sporo wstawek z koncertów, fragmenty z sal nagraniowych, pogaduchy z tuzami rocka – jest i Ozzy, Metallica, i Dave Grohl – a także mnóstwo obrazków z życia codziennego Lemmy’ego, wszystko to zaś sprawnie zmontowane i podlane solidną dawką mocnego łojenia. Świetnie sprawdzają się również wywiady brane na żywca – o ile zwykle nie przepadam za takim rozwiązaniem (wolę, aby twórca pozostał niewidoczny), tak tutaj efekt jest znakomity – głównie za sprawą samego Lemmy’ego, któremu nie można odmówić dystansu do samego siebie i przekonania, że nie ma co żałować tego, co się robiło. Bez skrępowania zatem opowiada o dragach, kobietach i rockowym stylu życia – co czasem prowadzi zresztą do zabawnych sytuacji (wystarczy wspomnieć scenę, gdy Lemmy wspomina, jak to z synem wymienili się kiedyś laskami, podczas gdy rzeczony syn siedzi obok z wyrazem solidnego „WTF?” wypisanym na twarzy).

środa, 20 marca 2013

Duży ekran, mały ekran #4


Raczej nie oglądam seriali – nie narzekam na nudę i nadmiar czasu, a jeśli już taki się znajdzie, to wolę wykorzystać go na film pełnometrażowy. Czasem jednak trafi się tytuł – w zamierzeniu zwykły wypełniacz czasu – który nagle okaże się serią, na odcinki której będę czekał z niecierpliwością. Taki Ripper Street (2012) na ten przykład: wzięty przypadkowo (bo wiktoriańska Anglia, Kuba Rozpruwacz, inspiracje Sherlockiem Holmesem etc.) stał się dla mnie jednym z przyjemniejszych doświadczeń filmowych ostatnich miesięcy. Pod względem konstrukcyjnym odkrywczy nie jest – ot, raczej typowy procedural: w każdym odcinku nowa sprawa, kontrast bohaterowie vs. policyjny beton, wątki osobiste spajające cały sezon, konflikty wewnętrzne i tak dalej. Jednak tym, co w przypadku Ripper Street decyduje o wyjątkowości, jest atmosfera. Nie będę oceniał, na ile jest ona wynikiem faktycznej historii Londynu, a na ile jej popkulturową interpretacją, ważniejsze jest to, że działa znakomicie. Whitechapel, gdzie rozgrywa się akcja serialu, jest dzielnicą zdecydowanie nieprzyjemną: ciemną, śmierdzącą, pełną podejrzanych spelunek i jeszcze bardziej podejrzanych ludzi, a konieczność radzenia sobie z mordercami, handlarzami żywym towarem, młodocianymi gangami to tylko część z „uroków” pracy policji. Widzowi robi dobrze też poczucie większej bezpośredniości – po serialach, w których ekipa dysponowała nowoczesną techniką i czyniła z nią cuda, Ripper Street – ze swoimi ciemnymi sprawkami, brakiem norm dotyczących przesłuchań i moralną hipokryzją jest dość... odświeżający. Dodawszy do tego świetną scenografię i kostiumy, ciekawie skrojone, niejednoznaczne postacie (zwłaszcza sierżanta Drake’a [Jerome Flynn] i Homera Jacksona [Adam Rothenberg]) oraz ducha samego Rozpruwacza, (unoszącego się nad całą dzielnicą, zatruwając i tocząc ją niczym rak) otrzymujemy serial, który nie jest objawieniem, ale dobrą, solidną i klimatyczna produkcją i owszem. I co ważniejsze: nie próbuje uśpić widza czternastoma sezonami...

poniedziałek, 19 listopada 2012

Duży ekran, mały ekran... #1


Leniwy się koszmarnie zrobiłem - coraz rzadziej chce mi się pisać długie teksty. Z drugiej strony to podobno znak czasu: świat przyspiesza, każdy z przejęciem wpatruje się w zegarek i szuka oszczędności. Co za tym idzie - w Internecie zamiast sążnistych tekstów szuka małych, zgrabnych tekścików o objętości przeciętnego newsa... Cóż, mój wewnętrzny grafoman się burzy na takie twierdzenia, ale ponoć coś w nich jest. Zresztą, to się nawet dobrze składa - dzięki temu nie będę miał wyrzutów sumienia, że taki koncentrat wrzucam. Wracając do meritum - będę się starał od czasu do czasu wrzucać notki o filmach, które widziałem i mi się podobały/nie podobały, ale bez rozciągania tego do rozmiarów pełnoprawnej recki. Ot, takie wrażenia i uwagi. Jak komuś się spodoba, to fajnie, a jak nie, to nie. Na dzień dobry zombie i agenci - całkiem fajny zestaw, czyż nie?

Cockneys vs zombies (2012)

reż. Matthias Hoene
ocena: 5/10

Zombie standard produkcji brytyjskiej. Po raz kolejny mamy do czynienia z inwazją żywych trupów zalewających metropolię – w tym wypadku Londyn – i powodujących niewyobrażalny chaos i zniszczenia, a przy okazji budzących w ludziach nieznane dotąd pokłady determinacji i odwagi, pokazujących im wagę i siłę więzi międzyludzkich, zwłaszcza rodzinnych. Brzmi znajomo? Skojarzenia z Wysypem żywych trupów (2004) są oczywiste – ponownie mamy do czynienia z grupką nieudaczników starających się za pomocą wszelakich narzędzi przebić przez zwały gnijącego mięcha i uratować swoją rodzinkę i ich znajomych. Różnica polega na skali: film Edgara Wrighta był świeżym spojrzeniem na kino zombie, zachwycającym lekkością, sprawną realizacją i humorem. Obrazowi Matthiasa Hoene tych elementów miejscami brakuje: nad produkcją unosi się posmak budżetowości, scenografia i charakteryzacja nie robią wrażenia starannością wykonania. Scenariusz jest głupiutki i pretekstowy a humor ciut przyciężki, choć momentami bywa radośnie czarny i makabryczny, doprawiony sporą dawką lokalnego patriotyzmu. Nie da się ukryć, że Cockneys vs Zombies jest tytułem dość średnim – wykonanie nie powala, historia jest głupiutka i oparta na standardowych schematach, ale wciąż jest to film strawny i całkiem sycący, a niektóre sceny – jak choćby pościg w ogrodzie domu spokojnej starości – naprawdę śmieszą i zapadają w pamięć.