Wczoraj
stuknęła 105 rocznica urodzin Akiry Kurosawy – twórcy przez wielu (słusznie)
uważanego za ikonę kina japońskiego i jego niekoronowanego cesarza. Nie tylko
zresztą ze względu na wybitne osiągnięcia filmowe: nawet na tle gromady
egocentryków i despotów, jakimi byli reżyserzy filmowi, Kurosawa plasuje się w
czołówce ze swoim chorobliwym perfekcjonizmem. Na planie bywał zmorą dla
producentów (przekraczając raz za razem określone budżety i przykładając rękę
do niemalże_bankructwa Toho w połowie lat 50.), swojej ekipy (karząc np.
odmalowywać bramę dopóty, dopóki nie osiągnie koloru zbliżonego do tego z
materiałów historycznych) oraz aktorów (prawie puszczając z torbami Toshiro
Mifune za sprawą brody, jakiej zakazał mu golić), a jednocześnie – w życiu
osobistym – był człowiekiem serdecznym, uczynnym i sympatycznym. A przy okazji
tytanem pracy.
