Viv

Viv
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 grudnia 2014

[FILM] Duży ekran, mały ekran #18

Hercules (2014, Brett Ratner)


Czego można się spodziewać, gdy Hollywood zabiera się za robienie letniego blockbustera z akcją osadzoną w antycznej Grecji i/lub zahaczającą o jej mitologiczne tałałajstwo? Z pewnością twardego herosa o posturze niedźwiedzia (Dwayne Johnson pasuje idealnie), otoczonego kanoniczną drużyną (choć zamiast czarnoksiężnika mamy tylko wikinga), dokonującego rzezi na masową skalę i tłukącego wrogów w licznych scenach batalistycznych (koniecznie z ujęciami z lotu ptaka), prześladowanego przez demony przeszłości i popadającego w zwątpienie („Nie byłem dostatecznie silny!”) by ostatecznie odnaleźć siebie („Jestem Herkulesem, skurwysyny!”) za sprawą motywacyjnej pogadanki subtelnej niczym stary buldożer. Znajdzie się oczywiście również miejsce na mały wątek romantyczny, dramatyczne wybory, bro-humor, czterdzieści sposobów na zabicie wroga oraz fenomenalny biceps Johnsona. I byłby Hercules typowym akcyjniakiem do obejrzenia i zapomnienia, gdyby nie całkiem kreatywne podejście twórców do świata przedstawionego, z którego niemal całkowicie wyrugowano element nadnaturalny: nie ma centaurów, bogów czci się, bo to najbezpieczniejsza opcja, zaś sam Hercules funkcjonuje nieomal jako bitewny celebryta, doskonale rozumiejący wagę dobrego PR. Ostatecznie cóż jest lepszego niż najemnik o boskim pochodzeniu, w pojedynkę radzący sobie z najgorszymi monstrami świata? A że owe monstra okazują się ostatecznie np. przeciwnikami politycznymi? Oj tam. Przewrotny to pomysł, by nadludzkość herosa przekształcić w rezultat sprawnego budowania wizerunku, a jednocześnie zostawić furtkę pozwalającą nieco ten obraz podkopać i uwierzyć, że jednak w tej legendzie coś jest (nawet jeśli finał funkcjonuje pod tym względem jak otwarte na oścież wrota stodoły). Ironiczna jest zresztą owa „realistyczność” w scenie bitwy, gdzie SPOILER siły prawego buntownika w bezładnym ataku rozbijają się o zdyscyplinowany i twardy mur tarcz brutalnego i bezwzględnego uzurpatora. KONIEC SPOILERA. Scena niby durna, a jakżeż w kontekście politycznym wymowna…

piątek, 24 października 2014

[RECENZJA] Polaroidy z zagłady, czyli ciemno i pusto


Paweł Paliński
Polaroidy z zagłady

Ocena: 7,5/10


Seria Kontrapunkty słynęła jak dotąd z tytułów wymykających się prostemu zaszufladkowaniu, balansujących na granicy gatunków i estetyk, nierzadko wykorzystujących fantastykę li tylko w charakterze ornamentu, odrobiny przyprawy dodawanej, by podkreślić smak potrawy. A tu nagle klops: w Polaroidach z zagłady dostajemy powieść nieomalże gatunkową, wykorzystującą dwa ogromnie popularne obecnie trendy: post-apokalipsę i zombie. Czyżby inwazja pulpowej popkultury wlewała się przez nasze okna? Czy już czas uciekać?

czwartek, 21 sierpnia 2014

[FILM] Duży ekran, mały ekran #16

Czyli lipcowego podsumowania filmowego ciąg dalszy.

Pewnej nocy w pewnym mieście (2007) Jan Balej (8/10)

Zazwyczaj unikam czeskiego kina: nie lubię jego estetyki, poczucia humoru, bohaterów – słowem nie leży mi zupełnie. O dziwo, czeskie animacje oglądam bez bólu. Skąd taka zależność – nie wiem, w każdym razie łatwiej łyknąć mi ten absurd i surrealizm, gdy opakowany jest w krzywe kukiełki, plastelinę i niezrozumiałe mruknięcia… tak jak w przypadku obrazu Baleja. Próba opowiedzenia fabuły nie ma w zasadzie większego sensu, jako że jest to zbiór miniatur, skupiających się na różnych mieszkańcach pewnego miasta, zaangażowanych w dziwaczne niekiedy aktywności. Znajdzie się więc miejsce zarówno dla gospodarza, który przerobił swój salon na zagajnik, gdzie poluje na psa swojej żony udającego niedźwiedzia, jak i jego sąsiada prowadzącego psi zakład pogrzebowy. Wszystko po to, by przeskoczyć do mieszkania Pana Jabłonki (pragnącego zostać przerobionym na gitarę dla rockmana) oraz jego rybiego sąsiada, nawiedzonej przez duchy bywalców kawiarni czy dwóch pijaków, znajdujących spełniającego życzenia dżina. Dziwnie? To dodajmy do tego jeszcze groteskową oprawę, gdzie niemal każdy bohater wygląda jak uszyty przez omenowskiego Damiena, wszyscy zdają się chodzić po solidnym machu, jeśli nie dwóch, a sama metropolia – choć ciemna i zimna – z otwartymi ramionami powita każdego łazęgę. Pewnej nocy w pewnym mieście to opowieść o dziwakach, wariatach, ochlapusach; skondensowany ładunek absurdu, krzywy, dziwny, ale na swój sposób pociągający.

poniedziałek, 14 lipca 2014

[RECENZJA] Pies i klecha. Żertwa i inne historie, czyli Czerwony i Czarny na tropie


Łukasz Orbitowski, Jarosław Urbaniuk
Pies i klecha. Żertwa i inne historie

Ocena: 7,5/10

Do spotkania z księdzem Andrzejem Gilem i komisarzem Zbigniewem Enką, tytułowymi psem i klechą, dotychczas doszło dwukrotnie: w 2007 wydawnictwo Fabryka Słów wypuściło powieść Pies i klecha: Przeciw wszystkim, by rok później powrócić z kontynuacją zatytułowaną Tancerz. W tym roku zaś możliwość kolejnego zetknięcia się z dziwacznym duetem umożliwiło wydawnictwo Powergraph, wypuszczając w ebooku zbiór opowiadań Pies i klecha. Żertwa i inne historie.

wtorek, 25 marca 2014

[RECENZJA] Czad. Cykl płci i miłości, czyli na wzgórzu róż Grabiński czuwa


Stefan Grabiński
Na wzgórzu róż

Ocena: 7/10


Stefan Grabiński
Czad. Cykl płci i miłości.

Ocena: 6/10.

W Polsce horror nigdy nie cieszył się jakąś szczególną estymą. Użyć pewnych motywów, posłużyć się nimi do zbudowania społecznego komentarza, powieści zaangażowanej, moralitetu – jasne, czemu nie; ale napisać utwór stricte rozrywkowy? Bazujący na czysto emocjonalnych reakcjach? To się nie godzi! Na szczęście w ostatnich latach coś w tej materii drgnęło i okazało się, że mamy jednak tradycję „rodzimego straszenia”: filmy pokroju Lokisa czy Wilczycy zyskują status kultowych pospołu z obrazami wytwórni Hammer, a twórczość pisarzy – jak choćby Stefana Grabińskiego – wreszcie otrzymuje stosowną edycję i oprawę. 

piątek, 14 marca 2014

[FILM] Duży ekran, mały ekran #13

Blood Shot (2013) reż. Dietrich Johnston  (4/10)
Wyobraźcie sobie wampira – nie jakiegoś wymoczkowatego Edzia, ale porządnego, wielkiego jak szafa i łysego badassa w czarnym płaszczu. Potem wyobraźcie sobie tego wampira podróżującego po świecie jako cyngiel CIA, wpadającego do budynku, przyjmującego na klatę tonę ołowiu, a potem robiącego całkowitą masakrę, z wlewaniem komuś wybielacza do gardła włącznie. Do tego dodajcie jakiegoś młodego policjanta owładniętego obsesją (w sumie nie wiadomo nawet skąd) zabicia wampira, przez co całkiem sypie mu się życie osobiste i praca, a następnie wizję, że ta dwójka staje naprzeciw islamskiej grupy terrorystycznej, która testuje broń chemiczną na małych szczeniaczkach, wozi ze sobą harem dziewic, chce zdetonować w USA bombę atomową z pomocą starożytnego, niebieskiego dżina i karłów-samobójców, a komórki mózgowe ma tak owładnięte miłością do Allaha, że jej członkowie zapominają o zmianie garderoby i w jankeskiej metropolii biegają ubrani w beduińskie wdzianka i turbany. Wyobraźcie sobie teraz to wszystko w niskobudżetowym filmie, pełnym absurdalnych klisz kina akcji, z falą uderzeniową posyłającą bohatera dziesięć metrów do przodu, raną, która nie przeszkadza mu w robieniu piruetów w czasie strzelaniny, choć chwilę wcześniej nie mógł przez nią ustać na nogach, przeciwnikami wyciągniętymi z najbardziej łopatologicznych odcinków South Park, niekończącą się amunicją, wylewającym się z ekranu kiczem i przesadą, oraz rolami Lance’a Henriksena i Christophera Lamberta. Jest źle? Jest strasznie. Ale w kategorii „film tak zły, że aż dobry” jest to całkiem przyjemna produkcja. Tania, bzdurna i przesadzona, ale serio, jeśli bohater zjeżdża do podziemnej kwatery za pomocą odrzutowej trumny, za którą wisi amerykańska flaga, to jak mogę narzekać?

piątek, 16 sierpnia 2013

Remake, przyjacielu, skąd ta powaga?

Uprzedzając: notka będzie o tym, po cholerę robić remake. Słów ocean wypisano na ten temat, ja zapewne też nic nowego do dyskusji nie wniosę, ale nic to – na wątrobie mi leży, wypluć więc muszę. Jest sporo rzeczy, które mnie irytują, jeśli chodzi o kinematografię. Ceny biletów, filmy wprowadzane w momencie, gdy widzieli go wszyscy, włączając w to pingwiny na biegunie, reklamy w kinie, napuszone adaptacje komiksów, brak dobrych komedii… do pewnego stopnia również powtarzalność  produkcji i chów wsobny. Piszę: do pewnego stopnia, ponieważ mam świadomość, że wymyślić coś nowego jest niemożliwością i można co najwyżej bawić się w bezczelne powielanie, kombinowanie bądź formalne odjazdy (a każda z opcji jest równie dobra, co niepewna). Co za tym idzie – nie mam nic przeciw tworzeniu remake’a jakiegoś klasycznego filmu. Nie będę biegał w świętym szale, polewał napalmem scenarzysty i producenta, wysyłał bombowych przesyłek ludziom z for internetowych: jeśli twórca stwierdził, że tekst wyjściowy uległ dezaktualizacji, bądź też historia ma potencjał do wykorzystania w sposób odmienny od oryginalnego, to kim ja jestem żeby mu tego bronić? Kto normalny narzeka na Cronenberga, że śmiał wziąć na warsztat Muchę, albo na Franka Oza za odnowiony Sklepik z horrorami? Jakoś nie widzę chętnych…

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Duży ekran, mały ekran #9

Tym razem trochę wampirów, trochę flaczków i sporo wielkich robotów.


Pacific Rim (2013) Guillermo del Toro (9/10)


No dobra, wiem że dawno to było, wszyscy zdążyli obejrzeć cztery razy, a na tumblrze ilość gifów z Idrisem Elbą rośnie niemal lawinowo, ale powiedzmy sobie szczerze – nie ma to najmniejszego znaczenia, bo o klasie Pacific Rim należy krzyczeć długo i głośno. To nie są kolejne Transformersy z żenującymi żartami o masturbacji, ani – jak chcieliby niektórzy – kolejny anonimowy blockbuster, który można okładać w zestawieniu z „ambitnym” kinem. To solidna dawka rozrywkowego kina zrobionego z pomysłem i wyobraźnią – soczysty, nerdowski stek dla każdego, kto w filmach o Godzilli czy Gamerze widział coś więcej, niż tylko „faceta w gumowym wdzianku”. Fabularnie jest prosty niczym zwoje mózgowe naszej klasy politycznej, a sama historia sypie się jak bryczka po odpuście, bohaterowie są płascy i emocje noszą niczym odzież wierzchnią, brodząc po kostki w patosie. I co? I całość wyrywa z butów, bije o glebę i każe przyjść po jeszcze. Del Toro doskonale czuje klimat starych giant monster movies, transponuje więc to co w nich najlepsze – umowną fabułę, wizję totalnego zniszczenia, wielkie monstra – i owija to w sreberko oszałamiającej warstwy wizualnej, czerpiącej tak z nowoczesnego SF, jak i retrofuturystyki. Będące syntezą tych prądów Jeagery to oszałamiające, potężne machiny zagłady, tysiące ton porażającej mocy, odczuwalnej przy każdym ich kroku. Nie dajcie sobie wcisnąć kitu, że to film jakich wiele: w zalewie wizualnej tandety Pacific Rim jawi się jako diamencik, lśniący za sprawą zaangażowania i umiejętności jego twórców. Trzeba tylko sięgnąć nieco głębiej, niż na poziom „wielkie roboty i potwory”, ale wszak już od dawna wiadomo, że plwać należy na skorupę i zstępować do głębi… czy jakoś tak.

środa, 15 maja 2013

Duży ekran, mały ekran #8


Dawno nie było uzewnętrzniania się na temat filmów, czas więc to naprawić. Tym razem notka mocno siedząca w przeszłości – tak dosłownie, jak i w przenośni.

Na początek poszedł Wielki mysi detektyw (1986), czyli jeden z tych filmów, które od dawna za mną chodziły, ale nigdy nie mogłem znaleźć jego tytułu. Kiedy wreszcie go dorwałem, przeżyłem lekki szok poznawczy. Po pierwsze – ze względu na warstwę techniczną: znakomita, klasyczna animacja, świetne projekty postaci (zdradzające jednak disneyowski rodowód) i boski Vincent Price z francuskim akcentem dubbingujący głównego złego. Po drugie – film naszpikowany jest odniesieniami do opowieści o Sherlocku Holmesie. Główny bohater – Bazyl – jest detektywem mieszkającym na Baker Street, gra na skrzypcach i ma niskie skille towarzyskie; spotyka doktora będącego wojennym weteranem, jego przeciwnik ma tytuł profesora, a finalny pojedynek w strugach deszczu jakoś dziwnie kojarzy się z pojedynkiem w Reichenbach... Najciekawsze jest jednak to, jak paradoksalny jest to film: pozostając w warstwie plastycznej „w duchu Disneya”, jednocześnie pod względem fabularnym do pewnego stopnia z owym duchem się boksuje – zwłaszcza jeśli porówna się go z kierunkiem, w którym zmierzają dzisiejsze animacje z segmentu „familijnego”. Pal licho fakt gatunkowej przynależności Wielkiego mysiego detektywa i jego zakorzenienie w opowieściach o SH – film pełen jest motywów, które dzisiaj, w dobie pewnej paranoi wobec przemocy w mediach, wywołałyby u obrońców „dziecięcej niewinności” białą gorączkę. O zgrozo – bohaterowie używają broni palnej! Ratigan skazuje jednego ze swoich podkomendnych na śmierć poprzez pożarcie żywcem! Nie mówiąc już o tym, że w jednej ze scen bohaterowie trafiają do podrzędnej speluny, gdzie są świadkami kabaretowego występu naprawdę ładnych, białych myszek, ze wszystkimi jego kabaretowymi atrakcjami: frywolną piosenką, tańcem, zgrabnymi nogami i błyskaniem podwiązkami! 


Może włącza mi się w tym momencie jakiś rodzaj wtórnej nostalgii, ale mam wrażenie, że Wielki mysi detektyw ma w sobie coś, czego brakuje dużej części współczesnych filmów: pazur, energię i zdolność połączenia w sobie ciepła i optymizmu z odrobiną mroku i brutalności, unikając przy tym nadmiernej cukierkowatości. No i jest Sherlock!

środa, 20 marca 2013

Duży ekran, mały ekran #4


Raczej nie oglądam seriali – nie narzekam na nudę i nadmiar czasu, a jeśli już taki się znajdzie, to wolę wykorzystać go na film pełnometrażowy. Czasem jednak trafi się tytuł – w zamierzeniu zwykły wypełniacz czasu – który nagle okaże się serią, na odcinki której będę czekał z niecierpliwością. Taki Ripper Street (2012) na ten przykład: wzięty przypadkowo (bo wiktoriańska Anglia, Kuba Rozpruwacz, inspiracje Sherlockiem Holmesem etc.) stał się dla mnie jednym z przyjemniejszych doświadczeń filmowych ostatnich miesięcy. Pod względem konstrukcyjnym odkrywczy nie jest – ot, raczej typowy procedural: w każdym odcinku nowa sprawa, kontrast bohaterowie vs. policyjny beton, wątki osobiste spajające cały sezon, konflikty wewnętrzne i tak dalej. Jednak tym, co w przypadku Ripper Street decyduje o wyjątkowości, jest atmosfera. Nie będę oceniał, na ile jest ona wynikiem faktycznej historii Londynu, a na ile jej popkulturową interpretacją, ważniejsze jest to, że działa znakomicie. Whitechapel, gdzie rozgrywa się akcja serialu, jest dzielnicą zdecydowanie nieprzyjemną: ciemną, śmierdzącą, pełną podejrzanych spelunek i jeszcze bardziej podejrzanych ludzi, a konieczność radzenia sobie z mordercami, handlarzami żywym towarem, młodocianymi gangami to tylko część z „uroków” pracy policji. Widzowi robi dobrze też poczucie większej bezpośredniości – po serialach, w których ekipa dysponowała nowoczesną techniką i czyniła z nią cuda, Ripper Street – ze swoimi ciemnymi sprawkami, brakiem norm dotyczących przesłuchań i moralną hipokryzją jest dość... odświeżający. Dodawszy do tego świetną scenografię i kostiumy, ciekawie skrojone, niejednoznaczne postacie (zwłaszcza sierżanta Drake’a [Jerome Flynn] i Homera Jacksona [Adam Rothenberg]) oraz ducha samego Rozpruwacza, (unoszącego się nad całą dzielnicą, zatruwając i tocząc ją niczym rak) otrzymujemy serial, który nie jest objawieniem, ale dobrą, solidną i klimatyczna produkcją i owszem. I co ważniejsze: nie próbuje uśpić widza czternastoma sezonami...

piątek, 18 stycznia 2013

W świecie gnijącego mięsa


Tekst ukazał się pierwotnie w internetowym czasopiśmie 16 milimetrów.

Moda na zombie trwa w najlepsze, przybierając rozmiary o jakich w latach 30. nie śniły pierwsze żywe trupy – wtedy jeszcze bezduszni niewolnicy z karaibskich wysp, wypełniający rozkazy swych panów-szamanów w klasykach pokroju Białego zombie (1932) Victora Halperina. Oczywiście trudno porównywać ją do szaleństwa związanego ze Zmierzchem – coś, co gnije, śmierdzi i żywi się ludzkim mięsem raczej słabo nadaje się na pociągającego, przeklętego kochanka, pełnego problemów egzystencjalnych. Tym bardziej, jeśli jego wybranką jest soczysta półkula mózgowa. Mimo to od wielu lat obecność żywych trupów jest w kinie wyraźna i przesuwa się z groszowych, obrzydliwych filmów gore ku bardziej mainstreamowym produkcjom. Powód wydaje się prosty: zombie – jako bezrozumna, łaknąca mięsa masa kierująca się najprymitywniejszymi instynktami – stał się wygodną i efektowną metaforą przydatną do opisu współczesnych problemów społecznych, rodzajem barwnego komentarza postępujących przemian wyciągniętego z przepastnego wora popkultury.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Duży ekran, mały ekran... #1


Leniwy się koszmarnie zrobiłem - coraz rzadziej chce mi się pisać długie teksty. Z drugiej strony to podobno znak czasu: świat przyspiesza, każdy z przejęciem wpatruje się w zegarek i szuka oszczędności. Co za tym idzie - w Internecie zamiast sążnistych tekstów szuka małych, zgrabnych tekścików o objętości przeciętnego newsa... Cóż, mój wewnętrzny grafoman się burzy na takie twierdzenia, ale ponoć coś w nich jest. Zresztą, to się nawet dobrze składa - dzięki temu nie będę miał wyrzutów sumienia, że taki koncentrat wrzucam. Wracając do meritum - będę się starał od czasu do czasu wrzucać notki o filmach, które widziałem i mi się podobały/nie podobały, ale bez rozciągania tego do rozmiarów pełnoprawnej recki. Ot, takie wrażenia i uwagi. Jak komuś się spodoba, to fajnie, a jak nie, to nie. Na dzień dobry zombie i agenci - całkiem fajny zestaw, czyż nie?

Cockneys vs zombies (2012)

reż. Matthias Hoene
ocena: 5/10

Zombie standard produkcji brytyjskiej. Po raz kolejny mamy do czynienia z inwazją żywych trupów zalewających metropolię – w tym wypadku Londyn – i powodujących niewyobrażalny chaos i zniszczenia, a przy okazji budzących w ludziach nieznane dotąd pokłady determinacji i odwagi, pokazujących im wagę i siłę więzi międzyludzkich, zwłaszcza rodzinnych. Brzmi znajomo? Skojarzenia z Wysypem żywych trupów (2004) są oczywiste – ponownie mamy do czynienia z grupką nieudaczników starających się za pomocą wszelakich narzędzi przebić przez zwały gnijącego mięcha i uratować swoją rodzinkę i ich znajomych. Różnica polega na skali: film Edgara Wrighta był świeżym spojrzeniem na kino zombie, zachwycającym lekkością, sprawną realizacją i humorem. Obrazowi Matthiasa Hoene tych elementów miejscami brakuje: nad produkcją unosi się posmak budżetowości, scenografia i charakteryzacja nie robią wrażenia starannością wykonania. Scenariusz jest głupiutki i pretekstowy a humor ciut przyciężki, choć momentami bywa radośnie czarny i makabryczny, doprawiony sporą dawką lokalnego patriotyzmu. Nie da się ukryć, że Cockneys vs Zombies jest tytułem dość średnim – wykonanie nie powala, historia jest głupiutka i oparta na standardowych schematach, ale wciąż jest to film strawny i całkiem sycący, a niektóre sceny – jak choćby pościg w ogrodzie domu spokojnej starości – naprawdę śmieszą i zapadają w pamięć.

piątek, 3 sierpnia 2012

Druga pełnia, czyli czuję w sobie zwierza

Uff... długo nic nowego nie było. Cóż, połączenie okresowego lenistwa z napływem kolejnych rzeczy do załatwienia to jednak nie jest dobre połączenie... Ale mam nadzieję, że najbardziej "leniwy" okres już za mną. Dlatego czas na aktualizację, a co!

Druga pełnia Laurell K. Hamilton

Ocena: 6/10


Druga pełnia to już ósmy tom serii przygód Anity Blake – nekromantki posiadającej niesamowity talent do popadania w kłopoty, które objawiają się zarówno pod postacią psychopatycznych wilkołaków, sadystycznej Rady Wampirów, szeregu bogaczy próbujących ją przekupić lub zastraszyć, nieumarłego maga, jak i już nieco bardziej trywialnych problemów natury moralnej i uczuciowej. I choć bardzo polubiłem zadziorną bohaterkę ze słabością do pingwinków, to jednak sposób, w jaki radzi sobie z kolejnymi przeszkodami, zaczyna być dla mnie coraz bardziej absurdalny i irytujący.

Mam sporą zagwozdkę, jak ocenić książkę Laurell K. Hamilton. W gruncie rzeczy dostałem to, na co liczyłem: lekką, rozrywkową powieść z wampirami, którą pochłania się szybko i łatwo, niepretendującą do miana ambitnej literatury, ale też stojącą stopień wyżej od czytadeł w rodzaju Zmierzchu. W książce znalazłem niemal wszystko, co tak polubiłem w przygodach Anity: sycącą akcję z kilkoma krwistymi kawałkami, odrobinę napięcia i grozy, wiele świetnie rozpisanych dialogów, pełnych czarnego humoru i ironii, interesujących bohaterów posiadających własne cele, a przede wszystkim garść informacji poszerzających obraz świata przedstawionego i relacji pomiędzy jego mieszkańcami. Ten wątek od zawsze mi się w serii podobał – konstruowanie i opisywanie wampirzej społeczności, wyjaśnianie tajników animatorskiego biznesu i analiza nastawienia społeczeństwa do nieumarłych – czuć było, że rzeczywistość nie sprowadza się do prostego „są wampiry i wilkołaki i się nie lubią, gdzieś na boku są jeszcze zombie, a wszystkich ich boją się ludzie”. W Drugiej pełni Hamilton odkrywa między innymi tajniki dyplomacji wampirów, szczegółowo opisuje również założenia wilkołaczej etykiety, ich obrzędy, gesty oraz kryjące się za nimi znaczenia. Czytelnik ma też okazję dowiedzieć się nieco więcej o niektórych postaciach – choćby o roli Jasona czy charakterze więzi między lampartołakami. I choć nie zawsze informacje te są płynnie wplecione w akcję – niekiedy przypominają mini wykłady zapisane gdzieś na marginesie – w ogólnym rozrachunku sprawiają bardzo pozytywne wrażenie.

środa, 16 maja 2012

Takieś mi pustki uczynił potworze w domu mym... czyli o Domu w głębi lasu słów kilka


Uwaga! Tekst zawiera spoilery zdradzające fabułę filmu.


Nie będę krył: od dawna nie zdarzyło mi się śmiać tak mocno i głośno, jak na Domu w głębi lasu spółki Joss Whedon & Drew Goddard. Choć zwiastun prezentował się jednocześnie intrygująco i nieco kiczowato, na film szedłem bez specjalnych oczekiwań. Półtorej godziny seansu pozwoliło mi poczuć ciężki odór śmierci, podumać, pośmiać się, nasycić wewnętrznego rzeźnika widokiem flaczków i wyjść w poczuciu spełnienia i pewnego odświeżenia. Rzec można – jak przystało na porządną stypę.

Dom w głębi lasu ma prawo się podobać i to z wielu powodów. Oferuje widzowi solidną dawkę makabry, ale bez nadmiernego epatowania obrazkami rodem z masarni – jeśli już takimi raczy, to przepuszcza je przez filtr groteski. Nie brak w nim momentów, w których ciarki przechodzą po plecach, a palce mocniej zaciskają się na oparciu fotela. Dla równowagi, nie raz i nie dwa przydarzą się sceny rozbrajające znakomitym humorem (często bardzo wisielczym) czy to za sprawą świetnie rozpisanych dialogów, czy komizmu sytuacyjnego. Pod względem technicznym nie ma mowy o żadnej tandecie i kiczu – oczywiście poza fragmentami, gdy są one w pełni zamierzone. Aktorzy – zarówno młodzi, m.in. Chris Hemsworth lub Fran Kranz, jak i starsi, w osobach Richarda Jenkinsa i Bradleya Whitforda – wypadają bardzo pozytywnie i z radością można obserwować, jak ich początkowe zadowolenie zmienia się w czyste przerażenie. Miodem na serce każdego nerda będzie wreszcie prawdziwy wór nawiązań do klasyki kina grozy – Martwego zła , Wysłannika piekieł, To, Lśnienia… nie ma sensu dalej wymieniać; ten film wprost stworzono, by oglądać go na DVD, raz za razem pauzować i odszukiwać cytaty.

piątek, 6 kwietnia 2012

Demony, demony! Kici, kici diabły cholerne!

Demony (2012) William Brent Bell

Ocena: 2


Zapewne większość widzów w ten czy inny sposób zetknęła się z produkcjami określanymi jako mockumentary. Będąc od początku do końca wytworami fikcji, próbują one udawać dokumentalny zapis jakiegoś wydarzenia. W kinie forma ta rozpanoszyła się na dobre po sukcesie nakręconego w 1999 roku Blair Witch Project. Mieliśmy więc „mockdokumentowe” horrory jak REC; mogliśmy obserwować przez obiektyw kamery wielkiego maszkarona demolującego miasto w Project: Monster; wreszcie w I’m still there spółka Cassey Affleck & Joaquin Phoenix zrobiła świat showbiznesu koncertowo w balona, prezentując upozorowaną historię „upadku” aktora.

Rzecz w tym, że w wymienionych przypadkach użycie formy mock-dokumentu miało pewien sens, wpisywało się w koncept stojący za obrazem. Tymczasem po seansie Demonów aka The Devil Inside mam wrażenie, że głównym argumentem przemawiającym za zastosowaniem tej konwencji był niski koszt produkcji. Skoro bowiem opowiadamy o tworzeniu amatorskiego filmu dokumentalnego, odpada nam konieczność zatrudniania solidnych aktorów, budowania scenografii i angażowania profesjonalnych operatorów, obsługujących drogi sprzęt. Wszystko czego potrzebujemy, jest na wyciągnięcie ręki – wystarczy iść i kręcić! Nie wiem, czy takim właśnie torem podążał tok myślenia reżyserującego film Williama Brenta Bella, ale patrząc na efekt jego roboty, wydaje się to bardzo prawdopodobne.