Viv

Viv

środa, 15 maja 2013

Duży ekran, mały ekran #8


Dawno nie było uzewnętrzniania się na temat filmów, czas więc to naprawić. Tym razem notka mocno siedząca w przeszłości – tak dosłownie, jak i w przenośni.

Na początek poszedł Wielki mysi detektyw (1986), czyli jeden z tych filmów, które od dawna za mną chodziły, ale nigdy nie mogłem znaleźć jego tytułu. Kiedy wreszcie go dorwałem, przeżyłem lekki szok poznawczy. Po pierwsze – ze względu na warstwę techniczną: znakomita, klasyczna animacja, świetne projekty postaci (zdradzające jednak disneyowski rodowód) i boski Vincent Price z francuskim akcentem dubbingujący głównego złego. Po drugie – film naszpikowany jest odniesieniami do opowieści o Sherlocku Holmesie. Główny bohater – Bazyl – jest detektywem mieszkającym na Baker Street, gra na skrzypcach i ma niskie skille towarzyskie; spotyka doktora będącego wojennym weteranem, jego przeciwnik ma tytuł profesora, a finalny pojedynek w strugach deszczu jakoś dziwnie kojarzy się z pojedynkiem w Reichenbach... Najciekawsze jest jednak to, jak paradoksalny jest to film: pozostając w warstwie plastycznej „w duchu Disneya”, jednocześnie pod względem fabularnym do pewnego stopnia z owym duchem się boksuje – zwłaszcza jeśli porówna się go z kierunkiem, w którym zmierzają dzisiejsze animacje z segmentu „familijnego”. Pal licho fakt gatunkowej przynależności Wielkiego mysiego detektywa i jego zakorzenienie w opowieściach o SH – film pełen jest motywów, które dzisiaj, w dobie pewnej paranoi wobec przemocy w mediach, wywołałyby u obrońców „dziecięcej niewinności” białą gorączkę. O zgrozo – bohaterowie używają broni palnej! Ratigan skazuje jednego ze swoich podkomendnych na śmierć poprzez pożarcie żywcem! Nie mówiąc już o tym, że w jednej ze scen bohaterowie trafiają do podrzędnej speluny, gdzie są świadkami kabaretowego występu naprawdę ładnych, białych myszek, ze wszystkimi jego kabaretowymi atrakcjami: frywolną piosenką, tańcem, zgrabnymi nogami i błyskaniem podwiązkami! 


Może włącza mi się w tym momencie jakiś rodzaj wtórnej nostalgii, ale mam wrażenie, że Wielki mysi detektyw ma w sobie coś, czego brakuje dużej części współczesnych filmów: pazur, energię i zdolność połączenia w sobie ciepła i optymizmu z odrobiną mroku i brutalności, unikając przy tym nadmiernej cukierkowatości. No i jest Sherlock!

piątek, 3 maja 2013

I dusza moja, czyli niewyobrażalne puka do drzwi



Michał Cetnarowski
I dusza moja 

Ocena: 8/10
 
Nie ukrywam, że z niesłabnącym zainteresowaniem czekam na każdą kolejną książkę z serii Kontrapunkty, bowiem zawsze przynosi ona porcję literatury na poziomie, intrygującej i działającej na emocje. Ekstremalne Tak jest dobrze, niepokojące W odbiciu, schizofreniczne Czarne oraz wreszcie I dusza moja Michała Centarowskiego, która wydaje się wśród nich z jednej strony nieskomplikowana i bardzo bezpośrednia, z drugiej – wykoncypowana i przemyślana. A przy tym wszystkim również niezwykle intensywna, będąca w stanie emocjonalnie wyżąć człowieka jak mokrą ścierkę.
Debiutancka powieść Cetnarowskiego pierwotnie miała nosić tytuł Horror i choć ostatecznie został zmieniony, to jednak w pewien sposób dobrze oddawał to, co pisarz zawarł w książce. Przyzwyczajeni jesteśmy do horrorów, w których groza wypływa z kontaktu z nieznanym, z inwazji do naszego racjonalnego świata elementów, które ową racjonalność podważają, przeczą jej. W przypadku szkolnych strzelanin zło jest osobowe, ma twarz, jest częścią znanej nam rzeczywistości, ale w historii opisanej w I dusza moja paradoksalnie w niczym to nie pomaga. W końcu – przekonani jesteśmy – takie tragedie zdarzają się w filmach albo na Zachodzie – idea, że gdzieś w Polsce, w niewielkiej miejscowości, ktoś miałby zacząć strzelać i zabijać może wydawać się równie absurdalna jak istnienie magii albo teleportacji. Pobić kogoś, dźgnąć nożem nauczyciela, podpalić samochód – jasne, zdarza się, ale urządzić strzelaninę?

niedziela, 21 kwietnia 2013

Duży ekran, mały ekran #7

No i kończy się OFF plus Camera. Pod względem filmowym nie było źle - a wiadomo przecież, że festiwale to często gra w rosyjską ruletkę: albo trafisz na cudny film, albo na szrota, po którym będziesz miał ochotę wydłubać sobie oczy. Trochę żałuję, że nie udało się obejrzeć wszystkiego, co chciałem, ale cholera - dużo tego było. Poniżej wszystko, na co udało się dotrzeć z małym komentarzem. Może komuś się przyda.


Panaceum Stevena Soderbergha zapewniło sporo dobrej rozrywki na „dzień dobry” festiwalu.
Co prawda reżyser zbudował swój film na dość zgranych motywach – oszustwo, zaszczucie jednostki, stygmatyzacja, walka o dobre imię – ale wycisnął z nich zaskakująco dużo miąższu. Pozwoliło mu to również nieco zagrać na nosie widzowi, podsuwając mu znajome tropy (spisek film farmaceutycznych? Ostatni sprawiedliwy?) by następnie poprowadził intrygę w zupełnie inną stronę. Dzięki temu film trzyma w napięciu, kolejne zwroty fabularne zaskakują, ma się jednak momentami wrażenie, że intryga jest tak skomplikowana i starannie wycyzelowana, że absolutnie niemożliwa. A jednocześnie tak wciągająca, że przestajemy zwracać na to uwagę. Zabawnie przy tym było obserwować, jak zmienia się optyka produkcji w miarę zdobywania kolejnych informacji o bohaterach: postacie, które można by posądzać o marginalne znaczenie nagle zyskiwały, a te "główne" znikały z pola widzenia. Zresztą, Sodenbergh pokazał, że nawet gwiazdy pierwszej wielkości mogą u niego umrzeć w połowie filmu. Całości dopełniają świetne zdjęcia, bardzo dobre aktorstwo (Rooney Mara w roli chorej na depresję i Jude Law jako jej lekarz to po prostu klasa) oraz dobra i subtelnie użyta muzyka. I tylko zakończenie – dość cukierkowe i bardzo hollywoodzkie lekko rozczarowuje. Wciąż jest to jednak kawałek dobrej rozrywki. (7/10)

niedziela, 14 kwietnia 2013

Duży ekran, mały ekran #6

Tym razem w wersji festiwalowej, z OFF Plus Camera 2013, czyli (bardzo) krótko o tym, co fajne.






Na dzień dobry "Żądza bankiera" Consty-Gavrasa - stylowy, mocny, trzymający w napięciu thriller o świecie wielkich finansów. Reżyser nie wdaje się w dywagację na temat przyczyn obecnego kryzysu, snując raczej uniwersalną opowieść o żądzy pieniądza i jego mocy, uciekając jednocześnie od prostych tez, w cyniczny i ironiczny zarazem sposób komentując zasady tej gry dla finansowych harpii. I tylko zakończenie wydaje się ciut przeszarżowane, jak wyjęte z zupełnie innej bajki, przez co szpila tego zgryźliwego komentarza stała się ciut przytępiona. (8/10)

wtorek, 9 kwietnia 2013

Pieprzne życie filmowych hitów pod knutem popkultury, czyli o fanach i porno-parodiach


Disneyowski femslash? Materiału aż nadto.
Każdy, kto korzysta z Sieci w celach nieco bardziej wyrafinowanych niż sprawdzanie poczty i serwisów plotkarskich, prawdopodobnie wcześniej czy później natknie się na tzw. Zasadę 34 (Rule 34). Zrodzoną po Ciemnej Stronie Internetu regułę można ująć w stwierdzeniu, iż jeśli istnieje jakiś tekst, to gdzieś w Sieci znajduje się również jego wersja pornograficzna. Komiks o upojnej nocy Roszpunki i Meridy Walecznej? Frywolne fanarty z Mario i Princess Peach? Opowieść o zakazanej miłości Bilba Bagginsa i Thorina Dębowej Tarczy? Panie i Panowie – witamy w Internecie.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Duży ekran, mały ekran #5


... czyli strasznie, głośno i tajemniczo.

Powrót zimy – pomijając jawne jego skurczysyństwo – ma jeden zasadniczy plus: dzięki niemu moje przydżumienie, jakie towarzyszyło przedwiośniu cementując mi mózg, poszło w cholerę, razem z nastawieniem „niec-mi-się-nie-chce-umrzyjcie-wszyscy”. I nagle okazało się, że obejrzenie filmu wcale nie jest tak bardzo złym pomysłem, jak wydawało się przed zapadnięciem w jedenastogodzinną drzemkę...

Na dzień dobry poszedł Lemmy (2010) Grega Ollivera i Wesa Orshoskiego. Dokument opowiadający o liderze grupy Motorhead, Lemmym Kilmisterze dotarł do naszego kraju z opóźnieniem, lecz wszedł z pompą – i cholera, było co pompować. Technicznie jest to całkiem dobra robota. Mamy tu wszystko, czego potrzeba: sporo wstawek z koncertów, fragmenty z sal nagraniowych, pogaduchy z tuzami rocka – jest i Ozzy, Metallica, i Dave Grohl – a także mnóstwo obrazków z życia codziennego Lemmy’ego, wszystko to zaś sprawnie zmontowane i podlane solidną dawką mocnego łojenia. Świetnie sprawdzają się również wywiady brane na żywca – o ile zwykle nie przepadam za takim rozwiązaniem (wolę, aby twórca pozostał niewidoczny), tak tutaj efekt jest znakomity – głównie za sprawą samego Lemmy’ego, któremu nie można odmówić dystansu do samego siebie i przekonania, że nie ma co żałować tego, co się robiło. Bez skrępowania zatem opowiada o dragach, kobietach i rockowym stylu życia – co czasem prowadzi zresztą do zabawnych sytuacji (wystarczy wspomnieć scenę, gdy Lemmy wspomina, jak to z synem wymienili się kiedyś laskami, podczas gdy rzeczony syn siedzi obok z wyrazem solidnego „WTF?” wypisanym na twarzy).