Zmiany te nie ominęły także telewizji – widać to zwłaszcza na przykładzie serialu kryminalnego (porównajcie zresztą Miss Marple z policjantami z Miami Vice) a także medycznego. Trudno prognozować, kiedy i na jakim etapie zatrzyma się ta przemiana, na razie jednak za jego oczywistą oznakę można uznać serial House M.D.
Kiedy w latach sześćdziesiątych Dr Kildare (w osobie Richarda Chemberlaine’a) leczył pacjentów, upewniał widzów, że za ich zdrowie odpowiada grupa wybitnych specjalistów, że ich życie leży w rękach fachowców, którzy dołożą wszelkich starań, aby potyczka z chorobą została wygrana. No i na dodatek większość personelu była wyjątkowo gładkolica i uprzejma, jak przystało na dobrego lekarza.
Sielanka nie trwała długo, bo już w latach siedemdziesiątych na ekranach pojawił się Dr Marcus Welby, który miał tyleż wspólnego z Kildare co z Housem. Z jednej strony nie można było odmówić mu fachowości i umiejętności, a także zaangażowania w najtrudniejszych przypadkach (a te były różnorakie: począwszy na chorobach mózgu, kończąc na przenoszonych drogą płciową). Z drugiej strony, był dość ekscentryczny i nie zawsze postępował zgodnie z nakazami regulaminu, zarzucano mu też seksizm i homofobię (a to już nam coś przypomina, prawda?).
Nadal były to jednak dość „schematyczne” produkcje, gdzie każdy odcinek opowiadał osobną historię, skupiając się głównie na przypadku chorobowym. Wraz z kolejnym dziesięcioleciem nadeszło odświeżenie, pod postacią mieszania fabuł szpitalnych z innymi gatunkami: M.A.S.H miksował go z filmem wojennym i czarną komedią (choć z mocnym akcentem refleksji nad wojna i człowiekiem), Dr Quinn, choć znacznie późniejsza, wykorzystywała ikonografię westernu i soap opery (niestety, początkowy zadzior lekarki, która potrafiła się postawić i mieszkańcom, i wojski i Indianom, znikał w kolejnych sezonach), czy wreszcie St. Elsewhere, które było zdecydowanie bardziej naturalistyczne: pacjenci umierali, lekarze się mylili, wszyscy cierpieli na swój sposób, a widz dochodził do wniosku, że jednak bycie lekarzem to nie jest bułka z masłem orzechowym…
Lata dziewięćdziesiąte przyniosły ogromny sukces Ostrego dyżuru. Po części ze względu na bardzo dobrą obsadę i dynamiczna realizację, po części ze względu na wyważenie proporcji między problemami medycznymi, a emocjonalnymi występujących tam bohaterów. Bardzo mocno rozwinięte relacje interpersonalne pozwalały mocno identyfikować się z poszczególnymi postaciami, a ich sylwetki – nie zawsze praworządne, czasami omylne – niwelowały uczucie, że oto obcujemy z filmowymi konstruktami fabularnymi.
I teraz wchodzi nam House, który kanalizuje wszystkie wspomniane cechy i je wzmacnia. Z seriali lat sześćdziesiątych zapożycza specjalistyczne placówki, barwną galerię pacjentów i ich ogromną fachowość. Od Welby’ego zapożycza format podstarzałego zrzędy, seksisty i ekscentryka, skorego do łamania regulaminów w postaciach wszelakich, wzbogacając to jeszcze szczyptą egoizmu, megalomanii i kalectwem (i jak ma się poczuć pacjent, gdy widzi, że lekarz, który się nim zajmuje to inwalida?). Z lat osiemdziesiątych chłonie skłonność do miksów gatunkowych – w tym wypadku kryminału w typie Sherlock Holmesa (z którym łączy Housea nie tylko uzależnienie od dragów), gdzie najpierw pada chory, a następnie droga dedukcji zostaje wytypowany wredny bakcyl, którego pokonają siły dobra. Albo i nie pokonają – bo podobnie jak w St. Elsewhere, potyczka nie zawsze kończy się zwycięsko dla lekarzy. Wreszcie od Ostrego Dyżuru podchwytuje House rozbudowane relacje między członkami personelu, choć wydaje się, że akurat ten element jest w serialu najmniej rozbudowany (ale może to i dobrze – przynajmniej autorzy fanfików mają temat do fantazjowania).
Czy ewolucja idzie w dobrym kierunku? Trudno orzec. Niewątpliwie jednak za plus uznać można postacie ambiwalentne, wychodzące poza prosty podział dobro/zło. Są dzięki temu mniej jednoznaczne i bardziej interesujące. Ale nie chciałbym mieć House’a za lekarza domowego…

A tutaj można przeczytać nieco o ewolucji kryminałów. Wbrew pozorom, z serialami medycznymi maja coraz więcej wspólnego.