
Po
co ten przydługi wstęp? Ponieważ ten mechanizm nostalgii rzucił mi się w oczy również
w kwestii… pornografii (dla uściślenia dodam: filmowej). Przyznać się, komu
nigdy nie obiło się o uszy narzekanie na Cywilizację Śmierci, Upadek Obyczajów,
Erotyzację wszystkiego, Pornografizację Kultury i inne podobnego rodzaju hasła?
Oczywiście nie ma co drzeć szat – część z tych problemów faktycznie jest
widoczna i każe się zastanowić nad kierunkiem, ku któremu zmierzają różne media
(choćby pakowanie do seriali solidnej ilości golizny, choć nie zawsze jest
konieczna i znane większości „szczucie cycem” w reklamach), ale sytuowanie ich
w opozycji do starych, dobrych czasów™ jest cokolwiek durne. Bo to, że lat temu
siedemdziesiąt czy sto nie widać było wszędzie falujących biustów nie oznacza,
że ich nie było – wystarczyło wiedzieć, gdzie szukać. Skąd mi w ogóle przyszło
do głowy zastanawianie się nad tą kwestią? Jak zwykle bywa w takich sytuacjach:
z przypadku. A dokładniej: z filmu „dokumentalnego” The Good Old Naughty Days (2002),
będącego w rzeczywistości kompilacją krótkich filmów pornograficznych z lat
1905-1935. Trudno zaprzeczyć, że ich wartości estetyczne są cokolwiek
dyskusyjne (lekko mówiąc) a i jako źródło podniecenia spisują się równie dobrze
co „różowe” programy na Polsacie, puszczane po dwudziestej trzeciej, ale
stanowią doskonały przykład na to, że w starych, dobrych czasach™ ludzie wcale
nie byli tacy ładni, układni i skromni, jak chcieliby niektórzy krytycy współczesności.
Fantazmaty za pół ceny
Jednym
z częściej wyśmiewanych motywów w filmach pornograficznych jest zestaw
fantazmatów, z jakiego korzystają: świat pornoutopii zamieszkują ponętne
policjantki, gotowe pożyczyć zatrzymanemu na chwilę swoich kajdanek, dostawcy
pizzy noszący dodatkowe pęto kiełbasy w spodniach oraz sekretarki, gotowe
rozszerzyć zakres swych obowiązków, a wszyscy tylko czekają, by ekspresowo
zrzucić łachy i ryćkać się w najbardziej absurdalnych pozycjach, zakończonych
pierwotnym okrzykiem finałowego orgazmu. Większość kojarzy te fantazmaty ze
współczesnymi produkcjami, ale rzut oka na The Good Old Naughty Days pozwala
dostrzec, że już w latach 20. i 30. mieliśmy ukształtowany cały korpus fantazji,
którymi podniecali się widzowie, a który przetrwał w niemal niezmienionej
formie do dzisiaj. Dwie kobiety nakryte w trakcie igraszek przez pracodawcę?
Ależ oczywiście, już na samym początku. Niegrzeczne zakonnice, wspomagane przez
braciszka i jego kropidło? Nie ma problemu, nawet w podwójnej dawce. Uczennice
odkrywające profity dogłębnego zainteresowania nauczyciela? Marynarz
korzystający z dobrodziejstw azjatyckich piękności? Stary pryk odzyskujący siły
dzięki zręcznym dłoniom pielęgniarek? Tak, tak, wszystko tutaj znajdziecie.
Pornoutopia nie jest w żadnym razie wymysłem współczesnym: już u zarania
kinematografii twórcy starali się zaspokoić – głównie męskie – pragnienia o kochankach
pięknych, chętnych i uległych, niezależnie od wieku, statusu czy zawodu… choć z
drugiej strony trudno tutaj spotkać stateczne żonyzadowalające swych mężów; w
przeciwieństwie do samych mężów, którzy są jurni, zwarci i gotowi, a ich
wysiłki prędko przełamują opór każdej kobiety. Chwilami można odczuwać coś na
kształt rozczarowania faktem, że do dziś korzystamy z rozwiązań wypracowanych
przeszło wiek temu, podniecając się tymi samymi fantazmatami i powielając te
same schematy… ale może to i lepiej? Biorąc pod uwagę pojawiające się tu i
ówdzie filmiki z „żywymi” tentaklami, człowiek zaczyna doceniać klasykę.
Powrót do przyszłości

Trzeba mieć fantazję
Gdy
mowa jest o pornografii, często powraca problem uprzedmiotowienia kobiet,
brutalności i balansowania na granicy dobrego smaku. Nie da się ukryć, że porno
coraz częściej sięga po motywy zaczerpnięte z kina fetyszystycznego, oscylujące
wokół kwestii dominacji czy przemocy, ale są to sytuacje raczej rzadkie
(oczywiście jeśli mówimy o mainstreamie i filmach szeroko dystrybuowanych) i
raczej trudno znaleźć ludzi, którym słoń najwyraźniej nadepnął na mózg (choć się zdarza). Bowiem w gruncie rzeczy
pornograficzny główny nurt jest dość zachowawczy: jeśli już zaczyna
eksperymentować (wspomniane elementy fetyszystyczne i bdsm), to czyni to
głównie ze względu na możliwość spieniężenia panującej wokół mody. Trochę jest
to sytuacja z rodzaju „mieć ciastko i zjeść ciastko”: sceny lesbijskie są OK.,
ale absolutnie żadnego męskiego homoseksualizmu; lolitki są w porządku, pod
warunkiem, że widać, że są grubo po dwudziestce; jeśli w tle jest kot, na pewno
zniknie, gdy zacznie się właściwa akcja; zabawy zakonnic wyglądają ładnie, ale
lepiej nie szaleć z gromnicami oraz krzyżami i tak dalej. Widać więc, że porno
nie jest aż tak rozpasane i bezwstydne, jak chcieliby niektórzy – a już
zwłaszcza ci bezrefleksyjnie powtarzający tezy o starych, dobrych czasach™,
gdzie takich bezeceństw nie było. Otóż proszę państwa były, więcej – sam
przecierałem oczy ze zdumienia widząc, jak folgowali sobie ludzie w tamtych
latach. Oczywiście należy wziąć poprawkę na kontekst historyczny: filmy te i
owszem były nawet całkiem szeroko rozpowszechnione, czasem nawet organizowano
nocne seanse „dla panów”, ale już pod koniec lat 20. posiadanie i
rozprowadzanie ich grozić mogło odsiadką, dlatego wyświetlano je albo w
burdelach, albo trafiały do prywatnych rąk. Tym zaś należało dogodzić we wszelki
możliwy sposób (wiadomo, klient wymaga, klient dostaje), nic więc dziwnego, że
twórcy nie ograniczali się, serwując metraż, który dzisiaj mógłby powalić
niejednego. The Good Old Naugty Days z jednej strony oferuje wszystko to, co współczesny film porno: standardowy seks,
oral (także w wersji 69), anal, trójkąty i czworokąty, których tu więcej niż
mrówków, ale w przeciwieństwie do dzisiejszych produkcji, nie stara dostosować
się do szerokich gustów, stawiając sobie jasny cel: ma być ostro i świńsko. W rezultacie
młody kleryk podglądający figlujące zakonnice sam poczuje moc kropidła swojego
pryncypała, marynarz – nie mogąc doczekać się zmysłowej Azjatki – zadowoli się
gładkolicym Chińczykiem, a wygłodniałe zakonnice włączą do swoich zabaw
chętnego… psa. O dziwo, w żadnym filmie nie pojawił się czarnoskóry ze swoją
rozbuchaną, pierwotna seksualnością, aczkolwiek biorąc pod uwagę fantazje i
brak zahamowań filmowców, wina leży raczej po stronie upływu czasu i
selekcjonerów, niż instynktu samozachowawczego pornografów…
Oczywiście
pamiętać należy, że prezentowane w filmie archiwalne pornosy to tylko niewielka
(acz najlepiej zachowana) część produkcji z tego okresu. Wciąż jednak ten
wycinek doskonale ilustruje (przy okazji nielicho bawiąc) sposób działania
nostalgii za starymi, dobrymi czasami™: nie ważne, jakie świństwa wyczyniałeś,
gdzie wkładałeś swoją kuśkę i z kim się gziłeś, i tak istnieje szansa, że w
przyszłości zostaniesz z tego wszystkiego wybielony i uznany za całkowicie
normalnego. Wystarczy, że nikt nie zobaczy twoich nagrań, a czas zrobi resztę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz