Viv

Viv
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 stycznia 2014

[FILM] Duży ekran, mały ekran #12

No i kolejny wpis filmowy, tym razem w całości poświęcony tegorocznym premierom i nadrabianiu zaległości w tej materii. Udało się obejrzeć sześć filmów, w większości naprawdę dobrych, a w niektórych przypadkach ocierających się wręcz o doskonałość. Oczywiście trochę mnie irytuje, że nie udało się obejrzeć więcej (You’re next! Spring Breakers! Królowie lata!) no ale cóż, co się odwlecze, to nie uciecze. A kolejna notka filmowa będzie zapewne podsumowaniem poprzedniego – całkiem niezłego – roku.

niedziela, 16 grudnia 2012

Duży ekran, mały ekran #3


Norweski ninja (2010) Thomas Cappelen Malling

Ocena: 3/10

Quasi-grindhouse’owy koszmarek. Cudownie absurdalny pomysł na wojowników ninja broniących norweskiej korony przed zakusami CIA w czasach zimnej wojny został położony przez mizerne wykonanie. Tego typu filmom można wiele wybaczyć: absolutny brak logiki, sens kryjący się po kątach, koślawe dialogi, aktorstwo godne dębowego pieńka i tanie efekty specjalne. Gorzej, gdy okaże się, że w parze ze scenariuszowymi koszmarkami idzie kiepska konstrukcja dramaturgiczna i napięcie pikujące coraz ostrzej w dół wraz z kolejnymi minutami projekcji. Dobrych żartów też można ze świecą szukać: „humor dla twardzieli”, jakim chwali się dystrybutor, odnosi się raczej do kolejnych sucharów, na jakich można sobie połamać zęby. Na plus można zaliczyć ciekawe pomysły realizacyjne i pojedyncze momenty, na czele z fabularnym twistem, ale komu będzie się na niego chciało czekać przez cały film?


niedziela, 25 listopada 2012

Duży ekran, mały ekran... #2

...czyli wielka draka z Mistrzem w Pętli czasu.


Mistrz (2012)

Reż. Paul Thomas Anderson
Ocena: 8/10

O tym filmie sporo mówiło się przed premierą, zwłaszcza w kontekście scjentologów, na których wzorowana miała być filmowa sekta zwana Sprawą; często padało pytanie, jakie będą reakcje członków wspomnianej grupy, wietrzono skandale... Teraz, po premierze, wydaje się, że głosy te były w większości przesadzone i służyły raczej wzbudzeniu zainteresowania produkcją. Mistrz nie jest bowiem w żadnym wypadku opowieścią o scjentologach: wątek Sprawy jest istotny, lecz nie najważniejszy. Więcej nawet: mam wrażenie, że odnosi się on nie tyle do konkretnej grupy czy sekty, co ogólnie do wszelkich ideologii, podsuwających człowiekowi gotowe, łatwe odpowiedzi, oferujących mu komfort zapośredniczenia i zakorzenienia, które z czasem zamieniają się w więzienie. Nie tylko dla „szarego człowieka”, jakim jest Freddie (Joaquin Phoenix), starającego się znaleźć swoje miejsce, ale i dla Mistrza Dodda (Phillip Seymour Hoffman), osaczonego przez stworzone przez niego samego dogmaty i wizerunek mędrca. Obydwaj miotają się, szukając rozwiązania i licząc na wzajemną pomoc. I właśnie ta relacja – furiata, alkoholika i obsesjonata oraz wyrachowanego hochsztaplera – nadaje ton filmowi. Dodd przyjmuje funkcje ojca – kochającego, wybaczającego, gotowego wiele poświęcić dla „syna”, z kolei Freddie odnajduje w Mistrzu kogoś, kto go nie odrzuca, a co więcej daje choćby cień celu i sensu. Ostatecznie jednak – jak w każdej rodzinie – przychodzi czas, gdy syn musi „pokonać” ojca, odejść i rozpocząć niezależne życie, używając do tego, jak na ironię, ojcowskich nauk, ale użytych w zupełnie nowym kontekście...
Wydaje się jednak, że niespełnienie, jakie prześladuje bohaterów, udziela się również widzowi: obserwuje on pełne upadków życie Freddiego, proces wchodzenia w Sprawę, kolejne pęknięcia i rysy pojawiające się na obrazie jego relacji z Doddem, ale trudno orzec, gdzie całość tak naprawdę zmierza. Reżyser zawiesza bohaterów w pewnym punkcie, rezygnuje z definitywnego rozwiązania, jakie charakteryzowało chociażby genialne Aż poleje się krew (2007), skutkiem czego widz może mieć lekkie uczucie niedosytu i pewnego braku. Odczuwalne jest ono tym mocniej, iż w sferze audiowizualnej Anderson przedstawia widzowi prawdziwy filmowy barok: zastosowana w filmie technika kręcenia (na taśmie 70mm) pozwoliła uzyskać soczyste, mocno odrealniające kolory, które wraz ze znakomitą kompozycją kadrów, świetnie dobraną muzyką i scenografią tworzą zniewalający klimat lat pięćdziesiątych. Wisienką na torcie jest aktorski popis serwowany przez Phoenixa i Hoffmana: z jednej strony znerwicowany, rubaszny, odpowiadający półgębkiem furiat, o lekko pochylonej, nieco małpiej sylwetce, z drugiej – nie mniej rubaszny, ukrywający swe obsesje pod maską spokoju i nonszalancji guru. Każde ich spotkanie skutkuje skokiem napięcia, uderza niczym młot, wciskając widza w fotel. I nawet jeśli Mistrz nie jest arcydziełem ani nawet najlepszym filmem Andersona, warto go zobaczyć dla samej gry dwójki aktorów.