![]() |
Disneyowski femslash? Materiału aż nadto. |
Każdy, kto korzysta z Sieci w celach nieco bardziej
wyrafinowanych niż sprawdzanie poczty i serwisów plotkarskich, prawdopodobnie wcześniej
czy później natknie się na tzw. Zasadę 34 (Rule
34). Zrodzoną po Ciemnej Stronie Internetu regułę można ująć w
stwierdzeniu, iż jeśli istnieje jakiś tekst, to gdzieś w Sieci znajduje się również
jego wersja pornograficzna. Komiks o upojnej nocy Roszpunki i Meridy Walecznej?
Frywolne fanarty z Mario i Princess Peach? Opowieść o zakazanej miłości Bilba
Bagginsa i Thorina Dębowej Tarczy? Panie i Panowie – witamy w Internecie.
Popkultura zawsze była integralną częścią kultury, ale chyba jeszcze
nigdy nie skupiała w swych rękach tak potężnych wpływów. Oddziałuje na liczne
grupy odbiorców, którzy jednak wykraczają poza kategorię bezrefleksyjnie
chłonącego przekaz, bezmózgiego zombie, pożerającego popcorn na pokazie
kolejnego blockbustera. Wręcz przeciwnie: znaczną ich część stanowią osoby
obyte w kulturze, dla których konsumowane teksty są punktem wyjścia do własnych
interpretacji, produkowania treści zwrotnych opartych na osobistych
refleksjach. Oczywiście ma to również swoje wady. Po pierwsze, popkultura
wykazuje się wręcz potworną żarłocznością, gotową pochłonąć i przetrawić każdy
element, posiadający jakikolwiek potencjał do reinterpretacji i ponownego
użycia w innym kontekście. Stosuje przy tym zasadę ograniczonego zaufania wobec
pomysłów i idei noszących znamiona oryginalności – godzi się na nie pod
warunkiem, że ograniczają się one do rekombinacji tego, co znane, lubiane i
bezpieczne. Po drugie, jej dyktatorskie zapędy wybiegają poza kulturę medialną:
nie wystarczy już czytać komiksów Marvela, oglądać filmów Tarantino i zachwycać
się biustem nowej Lary Croft – należy aktywnie uczestniczyć w redystrybucji
tych treści, muszą się one stać częścią stylu życia: rzucać filmowymi cytatami,
zbierać kolekcjonerskie figurki, kupić swej kobiecie kostium Catwoman etc. Cóż
bowiem z tego, że znamy doskonale koncepcje filozofii Platona i Arystotelesa,
jeśli nie mamy pojęcia, czemu wszyscy płaczą za Nedem Starkiem i o co chodzi z
tą całą zimą.
![]() |
Szturmowcy tuż dogłębnym ekhm... przesłuchaniem |
To zaś prowadzi do trzeciego punktu: stanu niemal wiecznego
trwania. W popkulturze nic nie powinno się kończyć, zwłaszcza, jeśli jest
popularne i dochodowe – wystarczy spojrzeć na wciąż trwający szał przeróbek, rebootów,
sequeli i spin-offów, wypełniających wszystkie możliwe białe plamy i
potencjalne rozwiązania fabularne. Każdy sposób, by przedłużyć chwilę obcowania
z tekstem jest dobry, a jego reinterpretacja jest o tyle łatwiejsza, że
popkultura daje łatwy dostęp do wręcz nieprzebranych zasobów gotowych do użycia
elementów i tropów. Szczególnie hojnie z tego dobra korzystają fani, przy czym nie
oszukujmy się: owoce ich aktywności w dużej mierze są bezwartościowe i
karykaturalne. Co może bowiem wyniknąć z mariażu bohaterów Harry’ego Pottera i Katedry
Najświętszej Marii Panny w Paryżu, z okularnikiem w roli
uwodzicielskiej cyganki (poza oczywiście osobistą satysfakcją twórcy)? Wszystko
to zwraca jednak uwagę na inną kwestię: fani konsumują produkty popkultury,
która w dużej mierze całkowicie zaspokaja ich potrzeby intelektualne,
estetyczne, (quasi)religijne czy... erotyczne.
Pornografia, jak powiedziałby Hans Landa, jest jak szczur:
wytępić się jej nie da, zaś każdy kolejny przełom technologiczny – fotografia,
kino, Internet – stanowił dla niej odpowiednik nawozu powodujący szybki i bujny
wzrost. Przynajmniej do pewnego momentu. Sieć bowiem umożliwiła dostęp do
olbrzymich zasobów materiałów prezentujących szeroki zakres aktywności
seksualnych, zapewniła daleko posuniętą anonimowość, nie wspominając już o
interakcyjności i łatwości przepływu informacji[1]. Jednocześnie
jednak naruszyła podstawy, na jakich opierał się przemysł porno. W dobie
cyfryzacji nie trzeba było ryzykować karcących spojrzeń w salonikach prasowych,
każdy też mógł zrobić „brudny film” we własnej sypialni, z przypadkową, acz
chętną ekipą, bez żadnego przygotowania czy specjalistycznego sprzętu. Gotowy
materiał był niemal od razu gotowy do globalnego rozpowszechniania, a co za tym
idzie – głównie w przypadku fotografii – również jego edycji. Nie wspominając
już o tym, że te amatorskie lub pół-profesjonalne materiały były w większości
darmowe i dawały użytkownikom możliwość obcowania z reprezentacjami seksu,
które nie mieściły się w elitarystycznym kanonie[2].
Co ma jednak do tego popkultura – oczywiście poza faktem, że nasycenie seksem i
erotyką przestrzeni medialnej jest tak duże, że dzisiaj nawet parkiety
reklamuje się przy pomocy nagich kobiet? Cóż, nie da się ukryć, że kultura
popularna jest przesiąknięta erotyzmem: seksistowskie stereotypy, bohaterki w
obcisłych kombinezonach, pancerne staniki i jazda gołym tyłkiem na smoku – ręka
w górę, kto nie spotkał się z tym chociaż raz. Kobiety w dużych ilościach zapełniają
fantastyczne światy i nawet jeśli nie są traktowane jako obiekty seksualne,
często podlegają wtórnej seksualizacji ze strony odbiorców. Wygląda bowiem na
to, że zmianie uległ stereotyp „nerda”: to już nie nastolatek chowający pod
łóżko porno-pisemka i śliniący się do biustu Jenny Jameson, lecz geek siedzący
przed komputerem w pokoju wypełnionym figurkami bohaterek anime i gier video,
wlepiający gały w cyfrowe krągłości Harley Quin z Batman: Arkham Asylum
(2009).
![]() |
Pirackie skarby czasem przybierają ciekawe kształty... |
Przesunięcie to miało zasadnicze znaczenie
dla przemysłu rozrywkowego: z jednej strony znaleziono sposób na zdobycie konsumenta,
lecz z drugiej ukręcono w ten sposób na siebie bicz. W chwili obecnej
środowisko fanów niejednokrotnie decyduje o „życiu lub śmierci” gotowych
produktów i nie chodzi tu tylko o ilość sprzedanych egzemplarzy czy wpływy z
kin. Nawet jeśli dany film lub gra były dobre, bez szumu tworzonego przez ich miłośników
– choćby polegał on na tworzeniu pornograficznych komiksów – zwyczajnie przepadnie
w natłoku nowych tytułów, zapomniane i pogardzone. Fanom, w pewnym sensie,
zapewniono dostęp do czerwonego guzika mogącego przynieść produktom i twórcom zwycięstwo
lub zagładę. Lecz postępująca dyktatura popkultury okazała się mieć znaczenie
nie tylko dla elektronicznej rozrywki czy dużych wytwórni filmowych, ale
również dla branży porno. Otrzymawszy cios od przemysłu video i Internetu, była
świadkiem odpływu napalonych graczy i czytelników m.in. do komiksów i gier, gdzie
bohaterki były piękne, miały swoje historie, wplątywały się w skomplikowane
związki uczuciowe, ratowały świat bądź sprowadzały nań zgubę. Co ważniejsze, w
Sieci łatwym stało się „poszerzanie” czy też „pogłębianie” takich postaci –
dopisywanie im określonych uczuć, epizodów z życia, związków, przyjaźni, słowem
– uzupełnianie luk i dostosowaniem ich do własnych wyobrażeń[3]. Trudno
było konkurować z nimi filmom, gdzie fabuła była nierzadko pretekstowa, a
ludzie – czystą, wizualną reprezentacją bez żadnych właściwości.
Tutaj dochodzimy do zasadniczej części
zagadnienia – mianowicie porno parodii produkcji z wielkiego i małego ekranu.
Wykorzystywanie gotowych tekstów do celów pornograficznych nie jest czymś,
czego historia nie widziała wcześniej. W pierwszej połowie XX wieku Tijuana bibles zmieniały popularne
komiksy takie jak Dick Tracy czy Popeye w tanie, ostre i nie zawsze
smaczne porno. Przed „różową” reinterpretacją nie uciekły baśnie w rodzaju Królewny
Śnieżki czy Pięknej i bestii, (co
akurat nie powinno dziwić, z uwagi na ładunek symboliczny tych archetypicznych
historii), eksploatując motyw inicjacji, poskromienia bestii bądź „damy w
opresji”, przy czym zarówno owa opresja, jak i wdzięczność za ratunek
przybierały wiadome formy. Pomysł na przerabianie popularnych produkcji kina
głównego nurtu (z uwzględnieniem obowiązkowego, aluzyjnego tytułu), również nie
jest konceptem ostatnich lat – już lata 70. przyniosły parodie Egzorcysty
(1973) czy Flasha Grodona. Ale nigdy wcześniej moda na parodiowanie
tekstów w duchu hardcore nie była tak
wyraźna. Producenci branży porno, zdaje się doszli do podobnego wniosku jak ich
„sąsiedzi” z branży filmowej: to fani w dużej mierze odpowiadają za sukces
danego przedsięwzięcia, należy więc dotrzeć do nich wszelkimi możliwymi
sposobami.
Zasada 34 staje się w tym przypadku istną
żyłą złota, furtką otwierającą drogę do przepastnych portfeli potencjalnych
konsumentów. Za film, który w pewien sposób zapoczątkował modę na
porno-parodie, można uznać Pirates (2005), okrzyknięty swego
czasu najdroższą produkcją porno w historii. Inspiracje Piratami z Karaibów
(2003) były widoczne jak na dłoni, począwszy od kształtu fabuły, a skończywszy
na stylizacji bohaterów. Nie była to parodia sensu stricte – raczej wariacja na
temat hollywoodzkiego hitu, uzupełniona o elementy w tego typu filmach
podstawowe, zrealizowane zresztą na wysokim poziomie. Film odniósł
niezaprzeczalny sukces i to na dwóch poziomach. Przede wszystkim wzbudził spory
odzew medialny. Nie ważne, czy traktowano to jako ciekawostkę, kuriozum czy
odkrycie – powstał wokół niego szum, który nieczęsto obserwowało się w
przypadku filmu porno (przynajmniej tego z głównego nurtu – kontrowersji wokół
filmów fetyszystycznych nie liczę). Po drugie, wykorzystując na nowo rozbudzoną
modę na piratów oraz integrując znaną i lubianą fabułę z elementami hardcore, udało się produkcji wejść
niejako na wyższy poziom pornograficznej konsumpcji. W dużej mierze był to
rezultat zastosowanej strategii realizacyjnej – Linda Williams pisała o takich
filmach, iż są to „rozmyte utopie”[4], a
więc produkcje, w których rzeczywistość splotła się z seksualną fantazją, a
seks dość naturalnie wynika z fabuły[5].
Film dopowiada więc kinowy hit, wypełniając go wyobrażeniami na temat ponętnych
piratek i barwnego życia w portowych tawernach.
![]() |
Spełnienie snów (dawnych) młodych telemaniaków |
Oczywistym jest, że nie każda parodia jest
w stanie wzbudzić w konsumencie popkultury chęć jej obejrzenia. Gdyby chcieć
wymienić zasadnicze czynniki, które mogą wywołać zainteresowanie danym tytułem
u fana, można by wskazać trzy. Pierwszy to po prostu identyfikacja z postacią, więź
wytworzona między nią a konsumentem – bo okazała się wyjątkowo ładna,
inteligentna, zaradna, lub po prostu nie była tępą dzidą jak reszta bohaterów.
Droga od niewinnego przeżywania przygód heroiny do tworzenia własnych,
fantastycznych scenariuszy jej losów nierzadko obejmujących utratę
przyodziewku, nie jest wcale taka długa jak się wydaje. Ani dziwna – cóż bowiem
jest dziwnego w próbie zajrzenia „za kulisy”, dopowiedzenia tego, na co autorom
zabrakło czasu, pomysłu lub odwagi? Porno parodie nie różnią się w tym momencie
wiele od fanowskich grafik czy komiksów – może tylko tym, że są mniej
elastyczne i ograniczone możliwościami technicznymi. Niezmienna pozostaje
natomiast wspomniana tendencja do rozbudowania i dostosowania postaci,
pragnienie zobaczenia „naszych” bohaterów podczas seksualnej aktywności,
obarczonej określonym ładunkiem uczuciowym. Drugim czynnikiem jest wszechobecne
niemal poczucie nostalgii. Kto z pokolenia obecnych dwudziesto-trzydziestolatków
nie wspomina z łezką w oku starych anime puszczanych w telewizji z włoskim
dubbingiem, kiczowatych seriali fantasy i tanich, acz kultowych filmów klasy B?
Straszące niskim budżetem, infantylne, często głupie i nielogiczne, nierzadko
stanowiły podstawę, na jakiej wyrosły osoby nieco bardziej świadomie
zainteresowane popkulturą. Skoro tak, to czemu tego nie wykorzystać? Czemu nie
zaprezentować swoistych lost chapters, w
których ubóstwiana niegdyś heroina na chwilę schodzi z Olimpu i przestaje być
tak zasadnicza, odkrywając przed widzem zakamarki swej... osobowości? Najlepiej,
gdy takim działaniom poddaje się tytuły, które w swej oryginalnej postaci
dawały podstawy do fantazjowania na temat stopnia intymności związków międzyludzkich
– Xena
(1995) jest tu tylko jednym z barwniejszych przykładów.
Jednak tym, co stanowi główny czynnik
przyciągający widza do porno-reinterpretacji jest... ciekawość. Fani są po
prostu cholernie ciekawscy, zaś każdy news dotyczący ich ulubionego tytułu/serialu/gry
jest haczykiem, na który złapać się może potencjalny konsument. To prosta,
wręcz banalna zasada: im coś wydaje się dziwniejsze lub bardziej absurdalne,
tym większa chęć sprawdzenia, jak to naprawdę wygląda. Czy znalazłby się fan Gwiezdnych
Wojen (1977), który nie byłby skłonny choć na moment rzucić okiem na
to, jak w różowej parodii Darth Vader posługuje się swoim „mieczem świetlnym”?
Bądź też przekonać się, co – prócz respektu współplemieńców – daje w Avatarze (2009) oswojenie wielkiego, czerwonego
ptaka? Duże blockbustery do tego typu zagrywek
nadają idealnie, nie tylko ze względu na fakt, iż są niezwykle popularne, a co
za tym idzie – powszechnienie znane lub kojarzone. W takim wypadku informacja o
powstaniu porno parodii na ich kanwie na pewno zostanie zauważona, jak w
przypadku Gwiezdnych Wojen XXX (2012), o którym to filmie pisały również
portale o tematyce SF. Chodzi tu raczej o podobieństwa na poziomie konstrukcji
świata – zarówno poszczególnych kreacji filmowych, jak i swoistego „świata
blockbusterów”, używającego niekiedy strategii przypominających te stosowane w
filmach pornograficznych. Mam tu na myśli zwłaszcza dwie kwestie: tzw.
pornotopii i eskapizmu.
Pierwszy termin odnosi się do
rzeczywistości kreowanej w filmach porno: świata zamieszkanego przez ludzi o
określonych warunkach fizycznych (młodych, pięknych, hojnie obdarzonych przez
naturę), gotowych do uprawiania seksu niemal z każdym i w każdej chwili, dla
których „numerek” jest remedium na każdy problem, celem i środkiem do jego
osiągnięcia. Blockbustery, choć w większości pozbawione eksplicytnie ukazanego
seksu, także istnieją w pewnego rodzaju utopii: główni bohaterowie również nie
należą do brzydkich i ułomnych, lekarstwem na przeciwności losu jest wymiennie
miłość bądź materiały wybuchowe. No i finał w obydwu przypadkach jest
nieuniknionym następstwem zdarzeń: główna para kończy w łóżku, czyniąc zadość
wcześniejszym próbom charakteru (lub fizycznej sprawności). Wystarczy zresztą
wziąć przykład Batmana – silnego, bogatego i przystojnego, otoczonego z jednej
strony przez brzydkich, skrzywionych łotrów i psychopatów, a z drugiej przez
seksowne, wyzywające kobiety w rodzaju Catwoman czy Poison Ivy, niejednokrotnie
próbujące herosa bądź ubić, bądź uwieść. Z tego strukturalnego podobieństwa w
prosty sposób wynika eskapizm, którym zresztą w całości przesiąknięta jest
popkultura, będąca cicha przystanią dla tych, co chcą uciec od szarej
rzeczywistości. Blockbustery, zwłaszcza w wariancie kina akcji i adaptacji
komiksów, odcinają się od problemów rzeczywistości, zastępując je dylematami
czystej fantazji – na przykład atakiem kosmitów. Tworzą własną rzeczywistość,
złożoną z konwencji i klisz, w której najlepszym sposobem rozwiązywania
kłopotów są wybuchy i mordobicie, również układające się w określone „numery” –
efektowne sekwencje pościgów bądź strzelanin - nie jest więc tak bardzo odległy
od pornotopii, gdzie również jeden tylko czynnik jest lekarstwem na wszystko.
Gdyby tego było mało, tak blockbustery, jaki i filmy pornograficzne charakteryzuje
pewien zestaw cech wymaganych dla zapewnienia właściwego oddziaływania, m.in.
intensywność („numerów”), obfitość (akcji) i energia (bohaterów)[6].
Trudno wszak wyobrazić sobie blockbuster, w którym bohater snuje przez ¾ filmu,
strzelając do puszek, by w finale stwierdzić, że jego kobieta jest brzydka i w
zasadzie nie chce mu się ratować świata.
![]() |
Poprawianie Pana Boga, czyli sorry Aniu, ale te uszka... |
Trzeba jednak zaznaczyć, że parodia parodii
nierówna i nie każdy producent podchodzi do sprawy z podobnym nastawieniem.
Istnieją filmy wykorzystujące Zasadę 34, ale raczej nieświadomie; można je określić
jako zwykły skok na kasę fanów, zazwyczaj przeprowadzony najmniejszym nakładem
środków. This Ain’t Avatar XXX (2010), Avengers XXX: A Porn Parody (2012)
czy This
Isn’t Twilight: The XXX Parody (2009) wydają się dobrym przykładem
drobnicy – tanie, ze szczątkową fabułą, będące w zasadzie zbiorem luźnych
„numerów” wyskakujących jak królik z kapelusza. Po drugiej stronie barykady
znajdują się filmy, których twórcy podeszli zdecydowanie poważniej do kwestii zarówno
realizacyjnych, jak i tych dotyczących związków z kulturą fanowską – przykładem
służą Star Wars XXX: A Porn Parody
(2012) i The Dark Knight XXX: A Porn Parody (2012). Pierwszy z nich wykorzystuje niemal w pełni
Zasadę 34, starając się – przynajmniej na poziomie referencyjnym – jak
najbardziej upodobnić do tekstu źródłowego. Ta mimikra obejmuje zarówno aktorów
(podobnych do oryginalnej obsady), sprawnie skopiowaną scenografię, oprawę
muzyczną, charakterystyczne ujęcia kamery, a przede wszystkim fabułę. W przeciwieństwie
do wielu parodii, twórcy niemal wiernie przetransponowali historię opowiedzianą
w Gwiezdnych
Wojnach, inkorporując w nią sceny seksu, przy czym jest on zintegrowany
z opowieścią, a nie – jak to często bywa – „mięsem” przetykanym skrawkami fabuły.
Sprawia to, że film można oglądać niemalże jak zwykłą parodię – tyle, że z
pieprznym dodatkiem.
Z kolei parodia The Dark Knight Rises (2012),
przy dość pretekstowej fabule, prezentuje wysoki poziom popkulturowej
świadomości i wyczucia oczekiwań nerdów. Nie chodzi tu już o Zasadę 34, ale
sposób, w jaki twórcy integrują wpływy blockbusterów Christophera Nolana,
komiksowej klasyki i gier komputerowych. Film składa się z pięciu „numerów”,
przy czym esencjonalne wydają się sceny otwierająca i kończąca. W tej pierwszej
mamy do czynienia z Jokerem w wersji post-nolanowskiej (silnie stylizowanego na
kreacje Heatha Ledgera), uprawiającego seks z Barbarą, córką komisarza Gordona.
Po stosunku, tuż przed zakończeniem, Joker strzela do dziewczyny; ta upada obok
klatki, w której zamknięto nagiego komisarza. Fragment ten jest wyraźnym
nawiązaniem do Zabójczego żartu Alana
Moore’a i Briana Bollanda – komiksowego klasyka, którego reminiscencji raczej
trudno było się spodziewać w porno parodii. Inny rodzaj syntezy widać w finale,
będącym z kolei transpozycją analogicznej sceny z obrazu ostatniego filmu
Nolana – Batman przybywa, by walczyć z Banem i uratować Mirandę Tate.
Scenografia, kostium Bane’a i zachowanie Mirandy są żywcem przeniesione z The
Dark Knight Rises, ale już strój Batmana i Catwoman jednoznacznie
kojarzy się z grą Batman: Arkham City (2011).
Szczególna uwagę zwraca drugi przypadek – zwłaszcza w kontekście
kontrowersyjnego stroju Anne Hathaway – parodia daje tu widzom to, czego nie
dał film kinowy: reprezentację maksymalnie zbliżoną do kanonicznej.
![]() |
O jedną kreskówkę za daleko... |
Czy oznacza to, że czeka nas dalszy wysyp
pornograficznych parodii? I tak i nie. Niewątpliwie każdy, kto poświęci choć
chwilę na poszukiwania, zostanie zaskoczony ilością tych produkcji i ich
różnorodnością: od przeróbek blockbusterów (Faceci w czerni [1997], Spider-Man [2002]) i filmów kultowych (Batman zbawia świat [1966]) po wariacje na temat telewizyjnych
hitów (Breaking Bad [2008], True
Blood [2008]). Wydawałoby się, iż jest to spełniony „kosmaty” sen każdego
nerda, fanfik wrzucony do reala,
przyobleczony w (kuszące) ciało, Zasada 34 w pełnej krasie. Ale przyglądając
się temu bliżej uwidacznia się zasadniczy problem tych produkcji: ograniczenie
formuły. Można tworzyć kolejne parodie, lecz w końcu dojdziemy do etapu, gdy
nie zostanie już nic interesującego do sparodiowania. Zajmowanie się niszowymi
tytułami niesie ze sobą mały potencjał komercyjny (kto zwróci uwagę na porno o
bohaterach kojarzonych tylko przez ekipę i ich rodzinę?), a przerabianie np.
seriali animowanych, operujących na innym poziomie wizualnej konkretności,
grozi stworzeniem potworka, który będzie niczym więcej, niż tylko przerażającym
kuriozum (Simpsons: The XXX Parody). Ratunkiem byłaby kombinatoryka w
zakresie samych fabuł (Internet jest wszak pełen tekstów, w których Imperium
pokonuje Rebelię, a Batman stosuje alternatywne metody perswazji wobec swych
przeciwniczek), ale problemem jest jak zwykle ten sam – prawa autorskie. O ile
parodie mieszczą się jeszcze w zakresie dozwolonego użytku, to raczej wątpliwym
jest, aby firmy producenckie ze spokojem patrzyły, jak ktoś pod bokiem robi im,
z komercyjnym zamysłem, alternatywne Gwiezdne
Wojny. Na dodatek w wersji porno. Innymi słowy odpada czynnik, który w
fanfikach jest esencjonalny: możliwość popuszczenia wodzów fantazji,
eksploracja potencjalności, siłowanie się z oryginalnymi konceptami i
zapełnianie białych plam pozostawionych przez twórców. Na tym tle działalność
przemysłu porno wygląda nad wyraz biednie. Po co oglądać prawdziwe aktorki – nawet
świetnie ucharakteryzowane – skoro nie można liczyć na żadne poważne odejście
od pierwotnego wzoru? Nie wspominając o przewidywalnych zakończeniach.
Mimo to nie wydaje się, aby moda na
porno-przeróbki szybko przeminęła. Produkują wokół siebie zbyt dużo szumu i
zainteresowania, nie wspominając już o kwestiach finansowych. Zresztą,
materiału do przemielenia nie brakuje. Przerażający jest jedynie fakt, że we
współczesnych czasach obfitujących w teksty o dużym, acz nie zawsze pozytywnym,
wpływie na kulturę popularną i prężnie działających wytwórniach filmowych,
przemysł pornograficzny tworzy śmieszniejsze parodie niż mainstream.
Tekst jest rozszerzoną wersja artykułu uprzednio opublikowanego w czasopiśmie 16mm.
Są to również luźne i subiektywne refleksje autora i niekoniecznie trzeba traktować je poważnie.
[1] L.M. Nijakowski, Pornografia. Historia, znaczenia, gatunk, Iskry,
Warszawa 2010, s. 224..
[2] Tamże, s. 228
[3] Tamże, s. 399.
[4] L. Williams, Władza, przyjemność i „szaleństwo
widzialności”, tłum. Justyna Burzyńska, Irena Hansz, Miłosz Wojtyna,
słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2010, s. 174.
[5] Jest to oczywiście pewne
uproszczenie – zarówno w Piratach,
jak i wielu późniejszych parodiach, zdarzają się sceny seksu ex machina, zupełnie oderwane od fabuły,
będące po prostu kolejną chwilą przyjemności dla widza. W związku z tym często
trudno orzec, czy mamy jednoznacznie do czynienia z „utopią rozmytą” czy
„podzieloną utopią” (wydaje się, że trzeci wariant, „zintegrowaną utopię”, akurat
w tym nurcie filmów porno trudno odnaleźć).
[6] Tamże, s. 169
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz