Viv

Viv

piątek, 8 kwietnia 2011

Dawaj na ring!

Na dobry początek coś świeższego - recka The Fighter Davida O. Rusella.

Ocena: 4,5/10



Dziwna rzecz: wydawało by się, że podczas oglądania filmu Fighter w reżyserii Davida O. Russella z mroków mej pamięci powinny wyjść wspomnienia długiego szeregu filmów o tematyce sportowej i bokserskiej, z kultowym Rockym (1976) na czele. Tymczasem większość moich skojarzeń biegła, o dziwo, w stronę Czarnego łabędzia (2010)…

Oczywiście powodem tego nie była żadna schizofrenia, szepty i krzyki, czy też komputerowo dorobiony ptasi kuper - na szczęście to nie ta bajka. Trudno mi jednak nie zauważyć i nie skomentować pewnych podobieństw między tymi filmami: motywu walki z własnymi słabościami, dążenia do odmiany swego losu, próby wyrwania się spod opieki apodyktycznej rodziny (już wiadomo, skąd w Ameryce tylu mistrzów – po prostu uciekają przed swoimi matkami) i swobodnie potraktowanego hasła „od zera do bohatera”. Z tą różnicą, że w Figherze brzydkie kaczątko nie zmienia się w łabędzia, tylko napakowanego testosteronem basiora.

Być może w tym podobieństwie leży powód, dla którego mam dylemat przy ocenianiu filmu Russella. Zupełnie nie przemawia do mnie historia braci bokserów, z których jeden zdeterminowany jest, by zdobyć szczyty, a drugi niepostrzeżenie ciągnie go na dno. W tym wypadku nawet oparcie fabuły na faktach nie pozwala mi nie dostrzec schematu, jaki powiela film: bohater zaczyna od funkcji worka treningowego, nadchodzi kryzys, potem ostry, cudowny niemal trening i finałowa, mistrzowska walka, gdzie najpierw dostaje bęcki, a potem aplikuje przeciwnikowi nokaut. Co więcej, Micky (w tej roli wyjątkowo sztywny i ciastowaty zarazem Mark Wahlberg) przypomina raczej metalową piłeczkę, niczym w pinballu rozbijającą się między dwoma stronnictwami: z jednej strony rodzina boksera, z matką-harpią, podsuwającą słabe walki, siedmioma siostrami i starszym bratem, który skupia w sobie wszystko, co Micky wie o boksie i czym nie chce się stać zarazem. Z drugiej zaś zmysłowa Charlene, zakochana w bokserze, pragnąca pomóc mu w osiągnięciu celu, chcąca razem z nim odbić się od dna, ale wyrażająca swe uczucia w wyjątkowo dziwny sposób - choćby poprzez opuszczenie pięściarza, gdy tylko jej pozycja wydaje się być zagrożona. Odniosłem wrażenie, że obie strony czatują tylko na możliwość całkowitego zagarnięcia Micky’ego, odseparowania go od wpływów innych ludzi i postawienia się w pozycji jedynego właściwego trenera i menedżera. Jestem świadom faktu, że żadne ze stronnictw nie jest kreowane na zupełnie negatywne bądź pozytywne; każde ma przeświadczenie, że działa dla dobra potencjalnego czempiona. Dla mnie jednak zarówno siedmioosobowa kobieca Liga Sprawiedliwości, jak i „dziewczyna z MTV” – jak nazywają Charlene siostry Micky’ego - jest tak samo odstręczająca i wyrachowana, rozgrywając bokserem jak pionkiem na szachownicy.

Zarazem jednak nie mogę przejść obojętnie wobec zalet filmu. Pod względem wizualnym Fighter przyciąga surowością, atmosferą beznadziei i marazmu ogarniającego wszystkich wokół, rozbijanego od czasu do czasu przez nieco groteskowy humor. Miasto Lowell, gdzie toczy się akcja, przestaje być konkretnym miejscem w przestrzeni i zmienia się w pewien symbol niespełnionych szans i wiecznej tymczasowości, którą niektórzy próbują zamaskować oparami cracku, podczas gdy inni próbują wygrzebać się z błota. Trochę szkoda, że ten przygnębiający, emocjonalny monolit reżyser próbuje rozbić amerykańskim patosem, dzięki Bogu jednak nie jest on skondensowany na tyle, by nie dało się go przełknąć, zaś walki nie zmieniają się nagle w napuszony spektakl tudzież montażową sieczkę (choć przyznam, że w sekwencjach boksu przydałoby się więcej dynamiki).

Najsilniejszą stroną filmu jest niewątpliwie gra aktorska. Co prawda Wahlberg nie robi specjalnego wrażenia, jednak rekompensują to epizody i postacie drugiego planu, jak choćby Jack McGee w roli sympatycznego, lecz sterroryzowanego George’a i Melissa Leo jako Alice, apodyktyczna i obsesyjnie zapatrzona w pierworodnego syna matka. A przede wszystkim Christian Bale, który w zasadzie skradł Wahlbergowi film (choć – przyznajmy – trudne to nie było). Oglądając go na ekranie trudno się dziwić, iż Akademia postanowiła nagrodzić go Oscarem: w jego interpretacji Eklund nabiera rysów bohatera tragikomicznego, sunącego w dół po równi pochyłej. Z wielkiego czempiona, pogromcy Sugar Raya Leonarda i dumy Lowell, przeistoczył się w bezzębnego ćpuna, który zmarnował swoją szansę i żyje tylko wspomnieniami. Niejednokrotnie Bale szarżuje, staje się nadekspresyjny, wręcz namolny, ale doskonale oddaje dwoistość swojego bohatera: z jednej strony jest wrakiem człowieka, któremu dragi pomieszały w głowie, z drugiej niewątpliwie kocha brata i liczy na jego sukces, lecz nie potrafi dostrzec destruktywnego potencjału, jaki niosą jego działania. I nawet jeśli końcowa przemiana Dicky’ego i droga ku sławie trąci naiwnością, to jednak gra Bale’a sprawia, że widz to kupuje.

Mam trudność z Fighterem. Niby wszystko jest OK.; znany i lubiany schemat w połączeniu z surowością formy i dobrymi kreacjami aktorskimi powinien zapewnić przynajmniej solidny kawał kina bokserskiego. Tymczasem film Russella oglądało mi się potwornie ciężko i tylko finał wzbudził we mnie nieco żywsze emocje. Reasumując: miał być nokaut, wyszła przegrana na punkty.

Brak komentarzy: