Viv

Viv

poniedziałek, 6 stycznia 2014

[FILM] Duży ekran, mały ekran #12

No i kolejny wpis filmowy, tym razem w całości poświęcony tegorocznym premierom i nadrabianiu zaległości w tej materii. Udało się obejrzeć sześć filmów, w większości naprawdę dobrych, a w niektórych przypadkach ocierających się wręcz o doskonałość. Oczywiście trochę mnie irytuje, że nie udało się obejrzeć więcej (You’re next! Spring Breakers! Królowie lata!) no ale cóż, co się odwlecze, to nie uciecze. A kolejna notka filmowa będzie zapewne podsumowaniem poprzedniego – całkiem niezłego – roku.

Grawitacja (2013, Alfonso Cuaron) – oj, napalałem się na ten film, zdecydowanie. Obecność w top10 niemal każdego serwisu filmowego i rzeszy blogerów, masa pochlebnych opinii – jak tu nie obejrzeć? Wszak „90% procent polskich gospodyń nie może się mylić”. I co? I nic. Grawitacja to dla mnie jedno z największych rozczarowań tego roku, produkcja niezwykle piękna wizualnie, doskonale zrobiona od strony technicznej, a jednocześnie koszmarnie irytująca w warstwie fabularnej. Pierwsze 30 minut owszem, wbija w fotel: spokojny początek przeradzający się nagle w koszmar i samotna, przerażona Sandra Bullock dryfująca w pustce, otoczona przez ciemność i ciszę – groza odczuwalna w tym momencie była wręcz namacalna. A potem nagle puff – i z interesującego dramatu psychologicznego zostaje tylko drama rodem z „okruchów życia”. Niby bohaterka jest sama, niby słaba, przerażona i coraz bardziej zdesperowana, ale ni cholery tego nie czuć – czuć natomiast rosnące zażenowanie przy wysłuchiwaniu „dramatycznych” kwestii Sandry, których apogeum była absurdalna „rozmowa” w Sojuzie, godna najlepszych dokonań Paulo Coelho. Jasne, rozumiem, że cisza kiepsko wpływa na człowieka, a świadomość, że może się umrze w tej pustce i nikt nigdy cię nie odnajdzie nie jest najciekawszą myślą, czemu jednak duchowa przemiana, swoiste „ponowne narodziny” musiały zostać opakowane w tak tani dramatyzm? O ileż ciekawsze byłoby zrezygnowanie z dialogów i skąpanie wszystkiego w niepokojącej, świdrującej ciszy? Zupełnie nie przekonały mnie również wyjątkowo mało wyszukane odwołania do 2001: Odysei kosmicznej – w scenie po dotarciu bohaterki do stacji i zrzuceniu skafandra czekałem w zasadzie już tylko na motyw Tako rzecze Zaratustra – byłby komplet (razem z końcówką przypominającą ujęcia z socrealistycznych agitek o herosach zrzucających jarzmo kapitalistów). Przykro mi, ale piękne ujęcia kosmicznej pustki nie są w stanie zrekompensować mi nudy – nie w momencie, gdy jedynym, czego chcę, to żeby bohaterkę coś wreszcie zeżarło… (4/10)


Act of Killing (2012, Joshua Oppenheimer) – numer jeden na liście The Guardian najlepszych filmów 2013 roku; u nas dopiero w lutym, ale zdecydowanie warto się nim zainteresować, bo to jedna z tych produkcji, które chwytają za flaki i długo nie puszczają. Reżyser spędził kilka lat w Indonezji, spotykając się z ludźmi – gangsterami jak sami się określają – którzy w połowie lat 60. brali udział w puczu wojskowym generała Suharto. Jego efektem było powstanie nowej, budowanej od podstaw i oderwanej od kolonialnej tradycji tożsamości narodowej Indonezji, której kamieniem węgielnym i mitem założycielskim było wycięcie w pień ponad dwóch milionów komunistów – zarówno tych prawdziwych, jak i domniemanych. Oppenheimer rozmawia z tymi ludźmi, oddając im jednocześnie głos i kamerę, by sami mogli opowiedzieć i zrekonstruować to, co robili prawie pół wieku wcześniej. Pod tym względem film przypomina nieco S-21 Maszynę śmierci Czerwonych Khmerów (2003), gdzie również mieliśmy do czynienia z dawnymi oprawcami odsłaniającymi kulisy swych zbrodni. Różnica polega na tym, że w obrazie Panha widzimy pokonanych – ludzi z łatką morderców i zbrodniarzy, skonfrontowanych z własnymi przewinami. Tymczasem u Oppenheimera jest wręcz odwrotnie. „Historię piszą zwycięzcy. Ja jestem zwycięzcą” mówi jeden z bohaterów i trudno o lepsze podsumowanie ich sytuacji – osób poważanych, szanowanych, zajmujących nierzadko wysokie stanowiska państwowe i bez zażenowania opowiadających o tym, jak eksterminowali komunistów. Film, który kręcą, stanowić ma „prawdziwą historię”, dziedzictwo i świadectwo wielkości, jednak proces jego produkcji uruchamia szereg zdarzeń diametralnie zmieniających perspektywę – zarówno widza, jak i samych gangsterów. Ci ostatni w trakcie kręcenia zaczynają zauważać, że chwalebne „mity” na ekranie telewizora zaczynają przypominać działania żądnego krwi tłumu, a nie narodowych bohaterów, do niektórych zaś zaczyna docierać świadomość tego, co robili, co mogły czuć ich ofiary, gdy pociągali za drut. Dla widza jest to natomiast zderzenie z sytuacją wręcz absurdalną: z jednej strony styka się z czymś, co jednoznacznie kwalifikuje się jako ludobójstwo. Z drugiej – widzimy na ekranie wspomnianych gangsterów witanych z honorami, poważanych, opowiadających, jak wielką inspiracją dla ich „pracy” były amerykańskie filmy i odtwarzających sceny przesłuchania oraz egzekucji, żywcem niemal wyjętych z filmu gangsterskiego z lat 30. W jednej chwili mamy przed oczami iście groteskową inscenizację pacyfikacji komunistów, z wyjącymi dziećmi i bitymi „czerwonymi” (będącymi sąsiadami gangsterów), dramatyczną i przesadzoną jak diabli, która po kapsie zamienia się w wybuch radości z dobrze wykonanej roboty. W drugiej zaś dociera do widza fakt, że być może tak to właśnie wyglądało – wszak oni tam byli, oni zabierali tych „komunistów” i oni robili z nimi „porządek”. Oppenheimer doskonale uchwycił ten niesamowity, wręcz nierealny kontrast pomiędzy zdroworozsądkowym postrzeganiem czystki przez widza, a „bohaterską” narracją gangsterów, którego efekt jest niejednokrotnie wręcz karykaturalnie groteskowy (jak w scenie, gdy martwy komunista dziękuje za zabicie go i posłanie do nieba) i porażający zarazem. Niesamowity dokument. (9/10)



Kapitan Philips (2013, Paul Greengrass) – pod adresem tego filmu często wysuwano oskarżenie, że gloryfikuje swego bohatera, który w rzeczywistości był postacią nieco bardziej ambiwalentną, a i przebieg całego porwania był nieco inny. Szczerze mówiąc są to zarzuty cokolwiek dziwne, trudno bowiem od Greengrassa oczekiwać, że zrobi dokumentalną rekonstrukcję – fakty są dla niego raczej podstawą do zbudowania rzetelnego, trzymającego w napięciu dramatu psychologicznego, niż esencją, której trzeba się kurczowo trzymać, bo inaczej niebo nam spadnie na głowę. Jasne, że reżyser do pewnego stopnia stawia swego bohatera na piedestale: opanowanego, odważnego, niepobawionego sprytu i inteligencji, który najpierw piratów rani, a potem się nad nimi lituje. To samo zresztą dałoby się odnieść do zakończenia, dryfującego w stronę łopoczącej flagi i przekonania, że jankesi zawsze dadzą radę i nigdy się nie mylą. Jednocześnie fabuła przemyca jednak odrobinę empatii w stosunku do piratów, dostrzegając w nich nie tylko żądnych krwi zakapiorów. Jednak i tak najważniejsza jest sekwencja uprowadzenia, którą Greengrass rozgrywa znakomicie, zamykając napastników i ofiarę w ciasnej szalupie i konfrontując ich nadzieje, lęki i uprzedzenia. Tak jak nie przepadam za ostatnimi dokonaniami Toma Hanksa, tak tutaj wypadł świetnie, tworząc z Barkhadem Abdi rewelacyjny duet, w którym sympatia, nienawiść i szacunek zmieniają się bardzo dynamicznie. Zastanawia mnie przy tym tylko jedna rzecz: czy filmowy Muse miał świadomość tego, co się stanie z piratami i z premedytacją popłynął na amerykański okręt, wykazując się zdecydowanie większym wyrachowaniem i przewidywalnością, niż można się było spodziewać? Interesujący film, który warto dodać do domowej kolekcji. (7/10)


Elizjum (2013, Neill Blomkamp) – cudów po filmie się nie spodziewałem: swoim Dystryktem 9 (2009) Blomkamp udowodnił, że jest w stanie rozwodnić interesującą historię i frapujący koncept średniej jakości rozpierduchą. Przy kolejnym obrazie widać, że wyciągnął z tego wnioski… i przegiął w drugą stronę, pakując całkiem przyjemne widowisko kina akcji w koszmarnie nakreśloną fabułę. Dystopijna opowieść o technicznym raju dla wybranych i Ziemi, gdzie ludzie gnieżdżą się jeden na drugim i nie wiadomo już, kto rządzi: wpływowi gangsterzy, politycy czy wielki biznes mający gdzieś maluczkich. Brzmi nieźle, prawda? No i tutaj wchodzi Blomkamp i z wprawą turbo-walca drogowego prostuje wszelkie zakręty i nierówności, pozostawiając historię prostą jak w mordę strzelił. Bogaci, zepsuci biali europejczycy (i jeszcze Francuzi, przeklęte pudle!) na górze i biedni, wytatuowani Latynosi na dole; na górze same sukinsyny dbające tylko o własny tyłek, na dole największy badass jest w głębi serca altruistą i bojownikiem o wolność; ci na górze knują, ci na dole walczą o przetrwanie, podczas gdy bogaci ich gnoją, szantażują, łamią im kości, odbierają wszelką wolność i ogólnie traktują jak śmiecie, zaś wisienką na torcie są antagoniści w składzie: wojskowy-psychopata i zimna suka od spraw bezpieczeństwa, co wysadza ludzi z uśmiechem na ustach. Serio? Nawet główny bohater w pewnym momencie traci jaja i poświęca się dla dobra ludzkości, ale jak może być inaczej, skoro niemal każdy, kogo spotyka, robi mu pranie mózgu i szantażuje emocjonalnie? No i ta dziwaczna tendencja do myślenia, że po zrobieniu rewolucji nagle wszyscy będą szczęśliwi. Podobnie było w filmowym V jak vendetta – byli dranie, przyszliśmy, obaliliśmy… i tyle. Po co przejmować się konsekwencjami, po co zawracać sobie głowę rekonstrukcją i odbudową? To przecież takie… nieefektowne. Biorąc to wszystko pod uwagę, najlepszą częścią Elizjum jest rozwałka: sprawnie zaaranżowana, sycąca, w której nie brakuje mocnych scen i dramatyzmu. Ale to chyba ciut za mało. (5/10)


Labirynt (2013, Denis Villeneuve) – po czym poznać dobry thriller? Kiedy trwa dwie i pół godziny, ma wolne tempo, akcji w nim tyle, co kot napłakał, a i tak trzyma za mordę do samego końca. Labirynt to twór ciekawy: niby wpisuje się w nurt opowieści „jestem kochającym ojcem, porwałeś mi dziecko, więc nakarmię tobą psy”, ale zamiast serwować widzowi demolkę w stylu Uprowadzonej (2008), wprowadza go w gęsty klimat narastającego strachu i przemocy, sunąc przez – nomen omen – labirynt poszlak, tropów i ślepych uliczek. Obraz Villneuve'a jest mocno osadzony w konwencji gatunkowej, rozpisując dość standardowe role (lekko zwichrowany policjant, przejęty ojciec, matka nie radząca sobie z rzeczywistością, przyjaciel pełen wątpliwości), lecz zarazem podbija ją znakomitym stylem, zmieniającym małe, senne miasteczko w miasteczko wyjątkowo marne, senne, ciemne, zimne i nieprzyjemne, naznaczone – niczym sami bohaterowie – jakimś rozpadem i zgnilizną. Sama opowieść oparta jest w dużej mierze na dychotomiach i kontrastach, zderza ze sobą różne postawy i przeświadczenia. Widać to zwłaszcza w konstrukcji głównych bohaterów: z jednej strony Loki – policjant z tikiem nerwowym, służbista wierzący w horoskopy, z drugiej Dover – ojciec gotowy na apokalipsę, przeświadczony o konieczności „brania sprawy w swoje ręce” kiedy sytuacja tego wymaga, co nie przeszkadza mu być jednocześnie osobą wierzącą, recytującą modlitwę tuż przed ustrzeleniem jelonka (w końcu najlepszy krzyż to taki, który człowiek sam sobie wystruga). Reżyser obserwuje powolne postępy śledczego, gubiącego się w gąszczu poszlak i coraz mocniej angażującego się emocjonalnie w sprawę oraz proces stopniowego szaleństwa ojca, zmieniającego się we wściekłe, napędzane gniewem i pod skórną bezsilnością bestię, gotową na brutalne tortury i odarcie innych z całego człowieczeństwa, byle tylko odnaleźć córkę – symptomatyczna jest scena, gdy Doverowi przez gardło nie chce przejść fragment modlitwy „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”, gdzie najlepiej (choć trochę zbyt bezpośrednio) widać dramat człowieka, którego system wartości pęka w obliczu straszliwego doświadczenia. Brawa należą się tutaj Hugh Jackamnowi, któremu udało się oddać zarówno wściekłość, jak i bezsilność Dovera, stanowiącego ciekawy kontrast do Gyllenhaala, któremu Loki jawi się jako wytatuowany, lekko nieobecny ni to geniusz, ni to idiota, z kpiarskim uśmiechem i przeświadczeniem o swej nieomylności. Zdecydowanie dobra rzecz. (8/10)



Wyścig (2013, Ron Howard) – szybkie samochody, rywalizacja, cień śmierci na każdym zakręcie… i Ron Howard. Po jego adaptacjach prozy Dana Browna nie miałem wielkich oczekiwań, a pozytywne recenzje nie rozwiewały wątpliwości. Tymczasem okazało się, że facet zrobił film aspirujący do tytułu jednego z najlepszych obrazów minionego roku. Wyścig opowiada o zderzeniu dwóch żywiołów: lekkomyślnego, egocentrycznego Jamesa Hunta i zimnego, pragmatycznego Niki Laudy, których łączy jedno: miłość do ścigania się i żądza prędkości. Chwilami widz ma ochotę na łatwe podziały: urokliwy playboy Hunt kontra wredny Austriak Lauda; ale bardzo szybko okazuje się, że takie rozgraniczenie jest bezsensowne – Howard wyraźnie pokazuje, że obydwaj ulepieni są z tej samej gliny. Świetnie rozgrywa między nimi konflikt na niemal każdym poziomie: różnicy charakterów, rywalizacji na torze o miano najlepszego kierowcy oraz bój o laur największego buca. Zarówno Hunt, jak i Lauda jawią się z jednej strony jako mityczni herosi, prowadzący „świętą wojnę”, gdzie sukcesy jednego napędzają drugiego do jeszcze większego wysiłku, z drugiej – jako kompletni szaleńcy, sukinsyny prące do przodu niczym czołgi, chore w swej ambicji i wściekłe w momencie, gdy ktoś okazuje się być lepszy bądź gdy nie mogą dostać tego, czego chcą – zwycięstwa, ładunku adrenaliny, chwili obcowania z wiszącą w powietrzu śmiercią. Dodać należy do tego zaskakująco dobrą stronę wizualną: mimo że mamy do czynienia z karkołomnymi prędkościami, oszczędzono nam równie błyskawicznej sieczki montażowej – wrażenie prędkości nie wgniata w fotel, ale w połączeniu z soczystym rykiem silników pieści zmysły pospołu z interesującymi „spokojnymi” scenami (by wspomnieć o sekwencji przed startem GP Japonii, przywodzącym nieco klimaty ceremonii pogrzebowej). Oczywiście nie pomogłoby to wiele, gdyby schrzaniono główne postaci, jednak zarówno Chris Hemsworth (Hunt), jak i Daniel Bruhl (Lauda) okazują się idealnie pasować do ról – zwłaszcza ten drugi, którego Lauda raz jawi się jako geniusz, a raz jako dupek zasługujący na porządne mordobicie. W zasadzie jedyna rzecz, jaka mi przeszkadzała, to nieco przesłodzona końcówka, gdzie Lauda opowiada o relacji z Huntem – rzecz absolutnie zbędna i ckliwa, a przecież do pewnego stopnia oczywista – naprawdę trzeba było dawać nią widzowi prosto w nos? Niezależnie jednak od tego – świetny film. (8/10)

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Gdzie, kurka, mój poprzedni komentarz!? Chyba że ów blog postanowił ukryć przede mną moje własne wypowiedzi, kanalia.

Anyway - notka zacności, a ja czekam na opowiadania!

Piotr Vivaldi Sarota pisze...

Google uznało, że nie nadaje się do opublikowania ;p

A tekst pewnie jakiś jeszcze w tym miesiącu wyląduje na blogu.