Nie powiem, żebym ostatnimi
czasy bił rekordy oglądania filmów, wręcz przeciwnie. Cóż, zbliża się czerwiec,
może rzecz się odmieni… w każdym razie przełom kwietnia i maja upłynął głównie
pod znakiem kina „tak złego, że aż dobrego” bądź kultowego. Oczywiście trafiały
się produkcje po prostu dobre – w poprzedniej notce produkowałem się wszak o
Godzilli
Edwardsa, po drodze wpadł też bardzo zacny
Winter Soldier, o którym
jednak pisać nie będę
– ale większość tego, co obejrzałem, bez
przeszkód mogłaby trafić do szufladki z etykietą
W-T-F na przedzie.
 |
Film z prawdopodobniej najlepszym
cytatem z Casablanki w dziejach kina. |
Rasowy akcyjniak z lat 80., z tym, że nie ogląda się go dla destrukcyjnych popisów
głównych bohaterów, cycków ani finałowego twistu fabularnego, ale żeby
sprawdzić, ile jeszcze dziwacznych pomysłów scenarzysta był w stanie upchnąć w
tym filmie. Zresztą już sam koncept nie pozostawia wątpliwości, co będzie
główną atrakcją Dead Heat – oto w mieście dochodzi do serii napadów
rabunkowych, których sprawcami są… ożywione trupy. Srogo? Spokojnie, sprawy
znacząco się skomplikują, gdy prowadzący sprawę detektyw Roger Mortis sam
zejdzie z tego świata i zostanie nań przywrócony… Intryga szyta jest nićmi
grubymi jak lina okrętowa i zawiera wszystko, czego oczekiwalibyśmy po takim
filmie: motyw zemsty, poszukiwanie nieśmiertelności, strzelaniny, zombie i
Vincenta Price’a, którego techniki marketingowe pozwoliłyby wcisnąć garść kurzu
alergikowi. Wszystko tonie w absurdzie, dialogi prawdopodobnie pisano na srogim
haju i trudno orzec, kto bawił się lepiej – aktorzy grając na planie, czy
widzowie przed telewizorem. Rzecz idealna na seans przy piwie.