Viv

Viv

piątek, 22 lutego 2013

Długa Ziemia, czyli podróż za ziemniaka


Długa Ziemia
Stephen Baxter & Terry Pratchett

Ocena: 8/10 
 
Speców od marketingu można nie lubić (i z pewnością znalazłoby się sporo ku temu powodów), trzeba im jednak przyznać, że często wiedzą, w jakie tony uderzyć. Jeden rzut oka na okładkę Długiej Ziemi duetu Terry Pratchett i Stephen Baxter wystarczy, by dojrzeć, kto z tej dwójki „naprawdę się liczy”. Zagranie – jak dla mnie – dość perfidne, choć nie można mu odmówić pewnych podstaw: wiadomo wszak, czyje nazwisko przyciąga większe rzesze fanów. Z drugiej strony trzeba powiedzieć jasno: to nie jest książka Pratchetta, do której dodany jest bonus w postaci SF, ale synteza tego, co w twórczości pisarzy najlepsze. Jej efektem jest powieść lekka i wciągająca, a przy tym zawierająca garść ciekawych przemyśleń i obserwacji.

piątek, 18 stycznia 2013

W świecie gnijącego mięsa


Tekst ukazał się pierwotnie w internetowym czasopiśmie 16 milimetrów.

Moda na zombie trwa w najlepsze, przybierając rozmiary o jakich w latach 30. nie śniły pierwsze żywe trupy – wtedy jeszcze bezduszni niewolnicy z karaibskich wysp, wypełniający rozkazy swych panów-szamanów w klasykach pokroju Białego zombie (1932) Victora Halperina. Oczywiście trudno porównywać ją do szaleństwa związanego ze Zmierzchem – coś, co gnije, śmierdzi i żywi się ludzkim mięsem raczej słabo nadaje się na pociągającego, przeklętego kochanka, pełnego problemów egzystencjalnych. Tym bardziej, jeśli jego wybranką jest soczysta półkula mózgowa. Mimo to od wielu lat obecność żywych trupów jest w kinie wyraźna i przesuwa się z groszowych, obrzydliwych filmów gore ku bardziej mainstreamowym produkcjom. Powód wydaje się prosty: zombie – jako bezrozumna, łaknąca mięsa masa kierująca się najprymitywniejszymi instynktami – stał się wygodną i efektowną metaforą przydatną do opisu współczesnych problemów społecznych, rodzajem barwnego komentarza postępujących przemian wyciągniętego z przepastnego wora popkultury.

niedziela, 16 grudnia 2012

Duży ekran, mały ekran #3


Norweski ninja (2010) Thomas Cappelen Malling

Ocena: 3/10

Quasi-grindhouse’owy koszmarek. Cudownie absurdalny pomysł na wojowników ninja broniących norweskiej korony przed zakusami CIA w czasach zimnej wojny został położony przez mizerne wykonanie. Tego typu filmom można wiele wybaczyć: absolutny brak logiki, sens kryjący się po kątach, koślawe dialogi, aktorstwo godne dębowego pieńka i tanie efekty specjalne. Gorzej, gdy okaże się, że w parze ze scenariuszowymi koszmarkami idzie kiepska konstrukcja dramaturgiczna i napięcie pikujące coraz ostrzej w dół wraz z kolejnymi minutami projekcji. Dobrych żartów też można ze świecą szukać: „humor dla twardzieli”, jakim chwali się dystrybutor, odnosi się raczej do kolejnych sucharów, na jakich można sobie połamać zęby. Na plus można zaliczyć ciekawe pomysły realizacyjne i pojedyncze momenty, na czele z fabularnym twistem, ale komu będzie się na niego chciało czekać przez cały film?


czwartek, 6 grudnia 2012

Rakietowe szlaki 3 czyli ktoś obcy tu jest

Rakietowe szlaki tom 3

Ocena: 9/10

Pełny tekst recenzji dostępny na portalu Kawerna.

Opisywanie kolejnych tomów tej czy innej serii zawsze nastręcza pewnych trudności – bo i o czym konkretnie pisać? Za pierwszym i drugim razem nie ma problemu – śliczny wstęp, odrobina odniesień do osobistych doświadczeń z gatunkiem lub typem literatury, trochę ogólnych przemyśleń, a potem już z górki: opis fabuły, mocne strony, babole i ciekawostki... w sumie to nic specjalnie trudnego. Ale potem wychodzi tom trzeci, czwarty i kolejne, i nagle człowiek staje przed kwestią: od czego zacząć, żeby nie rzucać truizmami, żeby nie wyjść na idiotę ani nikogo nie zanudzić? Zwłaszcza, gdy przychodzi do opisania serii w rodzaju Rakietowych szlaków, których wysoki poziom kolejnych części jest niemal tak pewny, jak wschód słońca każdego dnia? 

Zazwyczaj –  w przypadku antologii – próbuje się szukać pewnych punktów wspólnych; klucza, według którego zostały dobrane opowiadania. W przypadku trzeciego tomu Rakietowych szlaków dają się zauważyć dwa zasadnicze wątki czy też zbiory, pod które podporządkować można teksty. Z jednej strony mamy więc utwory oparte na niezwykłych, zaskakujących, nierzadko błyskotliwych konceptach, łączące różne estetyki i gatunki, wyprzedzające swoje czasy. Z drugiej mamy grupę tekstów, w których wyraźnie zaznaczają się kwestie kulturowe, zwłaszcza socjologiczne: motyw pierwszego kontaktu, niebezpieczeństw związanych z rozwojem techniki, arbitralnie przyjętych norm społecznych i całkowitego ich rozsadzenia na każdym możliwym poziomie. Oczywiście podział ten jest bardzo upraszczający – znajdziemy w antologii teksty nie dające się przyporządkować do żadnej z grup, bądź przeciwnie – znajdujące się na styku kilku z nich. Pozwala on jednak zauważyć pewną prawidłowość: pesymizm związany z postępem (jakkolwiek go rozumieć), moralnymi predyspozycjami człowieka i jego stosunkiem do takich kwestii jak rodzina, religia, śmierć czy miłość nie jest domeną tylko współczesnych pisarzy. Odróżnia to opisywany tom od poprzedniej części Rakietowych szlaków; od jego zdecydowanie bardziej optymistycznego, pozytywistycznego nastawienia bijącego z wielu opowiadań. Tutaj eksploratorzy nie są już ludźmi z głowami pełnymi ideałów, pionierami przekraczającymi kolejne granice ku chwale ludzkości – zastąpili ich ludzie, którzy przy całym zaawansowaniu technicznym i dobrych chęciach nadal pozostają safandułami pozwalającymi by umykały im najprostsze kwestie, bądź jednostki trzymające się kurczowo przeszłości; pustej wizji dawnego świata, prowadzącej donikąd.

Pełny tekst recenzji dostępny na portalu Kawerna.

niedziela, 25 listopada 2012

Duży ekran, mały ekran... #2

...czyli wielka draka z Mistrzem w Pętli czasu.


Mistrz (2012)

Reż. Paul Thomas Anderson
Ocena: 8/10

O tym filmie sporo mówiło się przed premierą, zwłaszcza w kontekście scjentologów, na których wzorowana miała być filmowa sekta zwana Sprawą; często padało pytanie, jakie będą reakcje członków wspomnianej grupy, wietrzono skandale... Teraz, po premierze, wydaje się, że głosy te były w większości przesadzone i służyły raczej wzbudzeniu zainteresowania produkcją. Mistrz nie jest bowiem w żadnym wypadku opowieścią o scjentologach: wątek Sprawy jest istotny, lecz nie najważniejszy. Więcej nawet: mam wrażenie, że odnosi się on nie tyle do konkretnej grupy czy sekty, co ogólnie do wszelkich ideologii, podsuwających człowiekowi gotowe, łatwe odpowiedzi, oferujących mu komfort zapośredniczenia i zakorzenienia, które z czasem zamieniają się w więzienie. Nie tylko dla „szarego człowieka”, jakim jest Freddie (Joaquin Phoenix), starającego się znaleźć swoje miejsce, ale i dla Mistrza Dodda (Phillip Seymour Hoffman), osaczonego przez stworzone przez niego samego dogmaty i wizerunek mędrca. Obydwaj miotają się, szukając rozwiązania i licząc na wzajemną pomoc. I właśnie ta relacja – furiata, alkoholika i obsesjonata oraz wyrachowanego hochsztaplera – nadaje ton filmowi. Dodd przyjmuje funkcje ojca – kochającego, wybaczającego, gotowego wiele poświęcić dla „syna”, z kolei Freddie odnajduje w Mistrzu kogoś, kto go nie odrzuca, a co więcej daje choćby cień celu i sensu. Ostatecznie jednak – jak w każdej rodzinie – przychodzi czas, gdy syn musi „pokonać” ojca, odejść i rozpocząć niezależne życie, używając do tego, jak na ironię, ojcowskich nauk, ale użytych w zupełnie nowym kontekście...
Wydaje się jednak, że niespełnienie, jakie prześladuje bohaterów, udziela się również widzowi: obserwuje on pełne upadków życie Freddiego, proces wchodzenia w Sprawę, kolejne pęknięcia i rysy pojawiające się na obrazie jego relacji z Doddem, ale trudno orzec, gdzie całość tak naprawdę zmierza. Reżyser zawiesza bohaterów w pewnym punkcie, rezygnuje z definitywnego rozwiązania, jakie charakteryzowało chociażby genialne Aż poleje się krew (2007), skutkiem czego widz może mieć lekkie uczucie niedosytu i pewnego braku. Odczuwalne jest ono tym mocniej, iż w sferze audiowizualnej Anderson przedstawia widzowi prawdziwy filmowy barok: zastosowana w filmie technika kręcenia (na taśmie 70mm) pozwoliła uzyskać soczyste, mocno odrealniające kolory, które wraz ze znakomitą kompozycją kadrów, świetnie dobraną muzyką i scenografią tworzą zniewalający klimat lat pięćdziesiątych. Wisienką na torcie jest aktorski popis serwowany przez Phoenixa i Hoffmana: z jednej strony znerwicowany, rubaszny, odpowiadający półgębkiem furiat, o lekko pochylonej, nieco małpiej sylwetce, z drugiej – nie mniej rubaszny, ukrywający swe obsesje pod maską spokoju i nonszalancji guru. Każde ich spotkanie skutkuje skokiem napięcia, uderza niczym młot, wciskając widza w fotel. I nawet jeśli Mistrz nie jest arcydziełem ani nawet najlepszym filmem Andersona, warto go zobaczyć dla samej gry dwójki aktorów.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Duży ekran, mały ekran... #1


Leniwy się koszmarnie zrobiłem - coraz rzadziej chce mi się pisać długie teksty. Z drugiej strony to podobno znak czasu: świat przyspiesza, każdy z przejęciem wpatruje się w zegarek i szuka oszczędności. Co za tym idzie - w Internecie zamiast sążnistych tekstów szuka małych, zgrabnych tekścików o objętości przeciętnego newsa... Cóż, mój wewnętrzny grafoman się burzy na takie twierdzenia, ale ponoć coś w nich jest. Zresztą, to się nawet dobrze składa - dzięki temu nie będę miał wyrzutów sumienia, że taki koncentrat wrzucam. Wracając do meritum - będę się starał od czasu do czasu wrzucać notki o filmach, które widziałem i mi się podobały/nie podobały, ale bez rozciągania tego do rozmiarów pełnoprawnej recki. Ot, takie wrażenia i uwagi. Jak komuś się spodoba, to fajnie, a jak nie, to nie. Na dzień dobry zombie i agenci - całkiem fajny zestaw, czyż nie?

Cockneys vs zombies (2012)

reż. Matthias Hoene
ocena: 5/10

Zombie standard produkcji brytyjskiej. Po raz kolejny mamy do czynienia z inwazją żywych trupów zalewających metropolię – w tym wypadku Londyn – i powodujących niewyobrażalny chaos i zniszczenia, a przy okazji budzących w ludziach nieznane dotąd pokłady determinacji i odwagi, pokazujących im wagę i siłę więzi międzyludzkich, zwłaszcza rodzinnych. Brzmi znajomo? Skojarzenia z Wysypem żywych trupów (2004) są oczywiste – ponownie mamy do czynienia z grupką nieudaczników starających się za pomocą wszelakich narzędzi przebić przez zwały gnijącego mięcha i uratować swoją rodzinkę i ich znajomych. Różnica polega na skali: film Edgara Wrighta był świeżym spojrzeniem na kino zombie, zachwycającym lekkością, sprawną realizacją i humorem. Obrazowi Matthiasa Hoene tych elementów miejscami brakuje: nad produkcją unosi się posmak budżetowości, scenografia i charakteryzacja nie robią wrażenia starannością wykonania. Scenariusz jest głupiutki i pretekstowy a humor ciut przyciężki, choć momentami bywa radośnie czarny i makabryczny, doprawiony sporą dawką lokalnego patriotyzmu. Nie da się ukryć, że Cockneys vs Zombies jest tytułem dość średnim – wykonanie nie powala, historia jest głupiutka i oparta na standardowych schematach, ale wciąż jest to film strawny i całkiem sycący, a niektóre sceny – jak choćby pościg w ogrodzie domu spokojnej starości – naprawdę śmieszą i zapadają w pamięć.