No i
człek wylądował w tej Wenecji, co by filmy oglądać, pisać o nich, a może i
pozwiedzać sobie nieco w ramach 27 Times Cinema, w których znalazł się dzięki uprzejmości i pomocy Kina Pod Baranami. Dzień przylotu był w sumie typowy – zapoznawanie się z
resztą z „27”, wymienianie się anegdotkami o locie – kto zgubił bagaż, a komu
przydarzył się alarm bombowy na lotnisku – niekończące się wymiany grzeczności
(i jak do cholery zapamiętać tyle imion?!), wreszcie mała wycieczka na plażę i
powrót do miejsca noclegu.
Kolejnego dnia roboty było
sporo już od rana – już przed dziesiątą wszyscy wylądowaliśmy w Pagodzie,
(która nie przypominała już placu budowy, jak dzień wcześniej), by się
zapoznać, opowiedzieć o sobie, a przede wszystkim spotkać się z ludźmi
odpowiedzialnymi za naszą „wycieczkę”:
Lucasem
Varone (Europa Cinemas),
Domenico
La Portą i
Gonzalo Suarezem (Cineuropa),
Stanislasem Ide (Lux Prize),
Isabellą Weber (Venice Days) no i
oczywiście Giorgio Gosettim, dyrektorem programowym Venice Days. Na początek
zapoznaliśmy się z założeniami programu, w jakim bierzemy udział oraz
możliwościami jakie daje, przy okazji potwierdzając, że wyjazd ten z pewnością
będzie niezwykłym doświadczeniem. Potem była również garść praktycznych
wiadomości, dotyczących naszych obowiązków, warsztatów oraz sposobów na
zdobycie miejsca na sali przy najbardziej obleganych tytułach. Plus, jako
bonus, Giorgio Gosetti opowiedział, jak długo trwa kompletowanie filmów do
głównego konkursu i ile pracy należy w to włożyć. Pouczające.
Ale wreszcie przyszedł czas na
filmy.
Na sam początek Water (Nir Sa’ar, Maya Sarfati). Niemal
dwugodzinny film, złożony z siedmiu nowel obracających się wokół relacji
izraelsko-palestyńskich, prezentując przy tym sporą różnorodność zarówno w
podejściu poszczególnych twórców do podejmowanego tematu, jak i użytych
środków. W Water nowelki o
charakterze dokumentalnym sąsiadują z kreacyjnymi, utrzymanymi w różnych
poetykach. Opowieść o parze, spotykającej nad jeziorkiem spragnionych
Palestyńczyków buduje delikatny suspens, wygrywając nastrój zakłopotania i
nieufności. Inna, dotycząca żołnierza i rolnika, utrzymana jest raczej w tonie
komediowym z domieszką groteski, lecz nie pozbawiona jest ciemniejszych tonów;
z tymi dwiema zaś kontrastuje przedostatnia, mocno oniryczna, ze wspaniale
wygranym motywem tytułowej wody. Nie ustępują im dwa segmenty dokumentalne, pozbawione
formalnych fajerwerków, lecz świetnie budujące portrety ludzi mocno związanych
z wodą, wartościami jakie z sobą niesie – niezależnie od tego, czy chodzi o
pomoc potrzebującym, czy nostalgiczne wspomnienia dzieciństwa. Water udaje się w interesujący i
niebanalny pokazać blaski i cienie wzajemnych relacji, niekiedy pełnych
wrogości, złości czy rozgoryczenia, innym razem opartych na czysto ludzkim
poczuciu przyzwoitości i dobroci. Jedyne, co mi nieco przeszkadzało, to wyraźne
niekiedy wrażenie przejaskrawienia jednej ze stron – najczęściej izraelskiej.
Najbardziej widoczne było to w ostatniej nowelce – z początku klimatem
przywodzącej na myśl Wstręt Romana
Polańskiego – która została dokumentnie schrzaniona jednym, zupełnie
niepotrzebnym zdaniem. To, co miało być kropką nad i, dobitnie pokazującą siłę
uprzedzeń, w zasadzie pogrzebało nowelkę i pozostawiło niesmak. Całość jednak
dała radę.

Kolejnym filmem był Pinokio (Enzo D’Alò), animowana wersja
klasycznej baśni, która okazała się zbiorem zaskakujących paradoksów. Z jednej
strony tradycyjna animacja, z estetyczną i przyjemną dla oka kreską,
zauważalnymi wpływami tradycyjnego malarstwa – tła wydają się żywcem zdjęte z
obrazów postimpresjonistów – oraz lekko groteskowymi sylwetkami postaci. Z
drugiej – potężna dawka energii kipiącej niemal z każdej klatki filmu. Reżyser,
pozostając wierny treści historii o pajacyku, znacząco podkręcił jej tempo
sprawiając, że seans przypomina jazdę na rollercoasterze: już sam początek, z
Pinokiem rozbijającym się po mieście z wprawą kogoś, kto uprawia le parcour może przyprawić widza o
zadyszkę, której raczej nie pozbędzie się aż do finału. D’Alò w zaskakujący
sposób połączył opowieść o dojrzewaniu bohatera, o podróży przemieniającej
drewnianego pajaca z trocinami zamiast mózgu w odpowiedzialnego, kochającego
syna, z dynamiczną, pełną znakomitych rozwiązań i szalenie efektowną formą. Prawdę
powiedziawszy, trudno nazwać Pinokia filmem
dla dzieci: szybki, dynamiczny montaż, ruch stanowiący stałą dominantę,
groteska wylewająca się z ekranu, włącznie z sekwencją pobytu w Krainie Zabaw
wyglądającą jak trip po zażyciu LSD każą się zastanawiać, do kogo tak naprawdę
adresowany jest film Enzo D’Alò. Pytanie jest o tyle zasadne, że niektórym
dorosłym z pewnością może wydać się przesadzony i głupiutki, bardzo jarmarczny,
a wręcz kiczowaty. Mnie osobiście urzekł dynamizm, z jakim reżyser dokonał
interpretacji tej klasycznej opowieści, znakomite projekty graficzne postaci
oraz wspaniałe użycie muzyki, grającej zresztą w filmie niepoślednią rolę. Wyszedłem
z kina zadowolony, choć jak się przekonałem, nie wszyscy podzielali mój
entuzjazm...
Wreszcie Stories we tell w reżyserii Sary Polley. Byłem szczerze
zaciekawiony filmem, mającym – wedle opisu – podejmować kwestię opowiadania
oraz tego, w jaki sposób owo opowiadanie kształtowane jest przez pamięć i jaka
jest relacja takiej narracji w stosunku do prawdy? W tym dokumencie Sarah
Polley wchodzi głęboko w historię swojej rodziny, skupiając się na historii
swojej matki; jest zarówno odkrywcą, detektywem, jak i osobą snującą własną
opowieść – a przynajmniej jedną z jej wersji. Wyjściowy koncept jest znakomity:
spróbować stworzyć wersję najbardziej realną, najbliższą Prawdy, konfrontując
wersje tej samej historii zaczerpnięte od wielu osób, a jednocześnie stworzyć
własną narrację. Polley używa wielu środków do osiągnięcia tego celu –
przeprowadza wywiady z członkami rodziny, wplata archiwalny metraż z Super 8
jej ojca, ale również sekwencje zaaranżowane. Zacierają się granice między
poszczególnymi poziomami opowiadanej historii – kolażu wspomnień rodzeństwa
Sary, zapisków jej ojca oraz obrazu rejestrowanego przez samą reżyserkę. Niestety,
o ile przez większą część filmu Polley zdaje się panować nad materiałem,
zagłębiając się w opowieść, poszerzając obraz całości i oferując widzowi
zajmującą produkcję, o tyle od momentu, gdy główna zagadka zostaje rozwiązana, obraz
zaczyna się sypać i niemiłosiernie dłużyć. Na dodatek jeden z ciekawszych
wątków – dotyczący wątpliwości do co charakteru opowieści i tego, na czym
polega Prawda – zdaje się dodany niejako przy okazji; szkoda, że nie podjęto
jej na początku – stanowiłaby znakomity punkt wyjścia dla filmu. No i
pozwoliłaby skondensować zakończenie, które w dużej części odbiera radość z
oglądania – Stories we tell mógł być
znakomitym dokumentem, niestety ostatecznie jest tylko obrazem interesującym,
lecz pozostawiającym uczucie niedosytu.